Kanał La Manche

06:51 , 12 września 2014 2

Ostrzegam !!! To baaaardzo długi i “najeżony” techniką wpis.  Niecierpliwych, żądnych opisów przyrody, fauny i kolorowych zdjęć  proszę – nie czytajcie – cierpliwości, wkrótce coś takiego, z pewnością, się pojawi. Ja marze o tym, żeby pojawiały się wyłącznie wpisy o delfinach, wielorybach i bajecznych rafach koralowych. Mam dość sensacji. Bóg mi świadkiem, chciałem napisać dopiero po zakończeniu tej historii. Ten blog zaczął jednak, wcześniej niż sądziłem, żyć własnym życiem. Ponaglany o “odezwanie się”, odzywam się, choć “sprawy właśnie się dzieją” i na szczęśliwe, w co głęboko wierzę, zakończenie, przyjdzie mi jeszcze kilka dni poczekać.

sruba

Jeden z projektantów słynnej Sydney Opera House, wpisanej w 2007r, na listę Światowego dziedzictwa UNESCO, duńczyk,  Ove Arup, przed pamięcią którego nisko się kłaniam, był autorem rewelacyjnej definicji zawodu inżyniera, od zacytowania której powinno się, moim zdaniem , rozpoczynać pierwszy wykład dla nowych studentów wszystkich  politechnik.

/cyt. z pamięci/   “Inżynier powinien zrozumieć złożoność, dać rozwiązanie i  wziąć odpowiedzialność”…

Na wrocławskim Sępolnie,  tuż przy wale przeciw-powodziowym ma swoją siedzibę skromny Warsztat Szkutniczy, prowadzony przez panów Zdzisława i Darka.  Należą Oni do ginącego gatunku ludzi, którzy w dziedzinie szkutniczo-żeglarskiej i techniki wogóle, wiedza o czym mówią i wiedzą co robią. A to co robią, robią solidnie, w terminie i  nie boją się wziąć odpowiedzialności  za swoja robotę.  Wrocław , ul. Smętna 5,  http://www.warsztatszkutniczy.pl/ – zapamiętajcie ten adres – naprawdę warto !!!. Szacunek Panowie !!!

Ale od poczatku…

Wyjście z Vlieland było miłe – słonecznie, ciepło, umiarkowany wiatr wieje w plecy, prąd unosi… bajka.  Zdecydowałem sie iść blisko brzegu. DSC_0148_resize
Korzystam z niewielkiego zanurzenia Eternity – 1,2m – mogę iść po mielochach, które statki omijają z daleka. To gwarantowało by spokojny sen w nocy, gdyby nie statki rybackie, którym, z reguły, “po drodze  jest” przed samym dziobem jachtu ;).

Spokojnie, po kolei, mijam większe holenderskie porty, a gdy zabrakło wiatru, stanąłem na kotwicy, 10Nm od brzegu, na głębokości 5m.
W takim relaksowym,  niespiesznym tempie dotarłem do toru wodnego Rotterdamu . A tam statki, jak, nie przymierzając, tramwaje pod Hala Ludową podczas meczu – jeden za drugim. Staje w dryfie. Pytam Traffic Control o zgodę na przecięcie toru. Wiatr jest słabiutki ale z pomocą silnika damy  radę. Jest akurat  moment przesilenia pływu. DSC_0144_resizeZa chwilę prąd zacznie żwawo nieść na zachód.  Woda wokół jachtu dosłownie kipi. Łamiące się fale nadchodzą ze wszystkich stron – słychać tylko złowieszczy szum i bulgot wody. Traffic  Control każe czekać na nasłuchu  na sygnał startu.

Czekam. W międzyczasie wymieniam się sms-ami z moim przyjacielem Ziomkiem, który na zesłaniu, w pod-rotterdamskim Brielle, swoim genialnym, ścisłym, inżynierskim, umysłem umacnia holenderską gospodarkę. Ziomek czeka na plaży 3 mile stąd. Mamy sobie pomachać a może nawet wymienić trzaskami migawek.

Po 30 min. dostaję zgodę na przcięcie toru najkrótszą drogą “as quick as possible”.

Żagle luz, silnik “full ahead”…. Co jest ??? … stoimy w miejscu.  Daję na luz i ponownie bieg… nic.

Zaglądam za rufę … żadnych turbulencji… Otwieram klapę silnika… jeszcze raz luz i bieg… wał sie obraca…. Ufff – w porządku, zaskoczył … no to jedziemy……Nic… stoimy w miejscu .. za rufą ani śladu ruchu. Gonitwa myśli – błyskawiczne analizy objawów skłaniają do jednego wniosku – zgubiłem śrubę napędową …

Spokój mi tu !!! …. Trzeba to jakoś ogarnąć.!!!  Wracamy do dawnych czasów, kiedy pływało się bez silników i jakoś całkiem nieźle to wychodziło.

Powiadamiam Traffic Control, że nie mam napędu mechanicznego i będę “crossować” tor wodny wyłącznie na żaglach.

– Aaaaaa… to kolego inna sprawa…mówią … kurs na południe i czekaj na sygnał… Sygnał przychodzi po ok. 30 min. Iiiiiiidziesz Eternity !!! – najkrótszą drogą i najszybciej jak można.

Z prądem i wiatrem w plecy pokonujemy tor wyjątkowo szybko. Podchodze pod samą plażę Maasvlakte. Widzę Ziomka stojącego i machającego do mnie z wielkiej rury do refulacji. Prąd niesie, po 10 min znika mi z oczu.

Trzeba się zastanowić co dalej?  Wchodzić do jakiegoś portu holenderskiego? To strata kilku dni i być może bezpowrotna strata korzystnego wiatru. Nie – wiatr jest teraz ważniejszy od silnika. Płyne dalej.

Przede wszystkim jednak muszę ustalić co się właściwie stało … i dlaczego. Śruba montowana była w mojej obecności.  Stożek na wale, klin, śruba M26 i zawleczka. Co musiało by się stać, żeby ten zestaw zawiódł ???  Nadchodzi noc. Nie mogę na chwilę zmrużyć oka. W głowie kłębią się czarne myśli. Przerwać wyprawę? ….O nie !!!… nie z takich opresji się wygrzebywałem…

Wraz ze świtem  przystępuję do działania. Bosak – na bosaku montuje kamerę Gopro. Uruchamiam nagrywanie i zanurzam kamerę w okolicy steru. Po kilkunastu sekundach wyciagam cały zestaw. Niecierpliwie podłączam kamerę do komputera i ściagam film.  Odpalam. Mętna woda w zielonkawym odcieniu, bąbelki powietrza z odkosu dziobowego i zarys kadłuba…  płetwa steru…..  JEST ŚRUBA !!! pojawia sie na ekranie na moment ale JEST !!!.

Propeler

Zatrzymuję obraz i robię zdjęcie z ekranu. Teraz mogę zobaczyć dokładnie jaki jest stan rzeczy. Widać śrubę opartą o trzon steru i kawałek wału, wysuniętego, pod nienaturalnym kątem, z łożyska. Wszystko jasne. Ukręcił się wał napędzający śrubę. Drugi koniec,  tkwiący we flanszy przy przekładni, obraca się po włączeniu biegu, jakby nigdy nic. Wał uszczelniany jest w miejscu przejścia przez kadłub, łożyskiem gumowym, smarowanym wodą, a wewnatrz jachtu specjalną dławicą gumową. Na wodzie nie jestem w stanie nic z tym zrobić. Nawet solidnie go pomierzyć.  Później będę się zastanawiać, co dalej. Teraz trzeba zabezpieczyc śrubę, żeby jej naprawdę nie zgubić

Na mapie, w odległości ok. 8 mil od brzegu, widzę kolejną mieliznę ok. 3m. Osiągam ją po 2 godzinach. Nie ma 3 ale 6m – nie szkodzi – wywalę całe 33m łańcucha i będzie dobrze. Kotwica złapała od razu.

Jakoś mi nie spieszno do wody. Jest ponuro – pochmurno, mgliście, zimno. Wieje wiatr ok 15kn (4B) i wybudowała się całkiem spora falka.  Nie ma rady trzeba się rozbierać.  Irracjonalnie, zaczynam od grzebania w ciuchach, w poszukiwaniu kąpielówek… Człowieku !!! – puknij się w czoło – po co ci kąpielówki ? Czajnik wody zagotuj, na ciepłą kąpiel po tej słonej zimnicy i herbatę do termosu zrób!!!

Zestaw do nurkowania ABC, w oczekiwaniu na tropiki, utknięty jest głęboko w zakamarkach jachtu. Szkoda że nie mogę użyć maski. Pianka windsurfingowa i tak by się nie przydała, bo żeby w niej zanurkować musiałbym się opasać łańcuchem, a ten jest w użyciu przy kotwicy.  Będę nurkować ubrany tylko w linę asekuracyjną (na silnym prądzie nie ma żartów), z liną do uwiązania śruby w ręce, mając w zasięgu ręki jeszcze kilka innych lin zwieszonych z jachtu, żebym  miał się czego złapać i mógł wdrapać na pokład, gdyby coś krzywo poszło.  Na szyi wieszam ostry nóż, na wypadek, gdybym się w to  pandemonium linowe zaplątał.

Schodzę. Woda zimna jak diabli…. i słona… przekonuje mnie o tym pierwsza nadchodząca, niespodziewanie fala… napiłem sie wody… i chwilę później kolejny raz… Zawisam  na burcie… jeszcze nic nie zrobiłem a musze odpocząć i wyrównać oddech.

W czerwcu napisałem  do Subiektywnego Serwisu Internetowego Jerzego Kulińskiego, kilka słów na temat konieczności stosowania kamizelek asekuracyjnych. Była tam mowa m.in. o tym, jak trudno, w razie wypadnięcia za burtę, utrzymac się bez kamizelki na powierzchni , nawet nieznacznie, zafalowanego morza.  Nie sądziłem, że tak szybko bedę to sprawdzać osobiście. To co pisałem, snując rozważania teoretyczne, sprawdza się całkowicie …  KAMIZELKI!!!  i jeszcze raz KAMIZELKI !!!  Tylko kamizelka umożliwi  Wam przetrwanie w zafalowanym morzu, w oczekiwaniu na pomoc. Bez kamizelki wystarczy jedna, dwie fale – człowiek opity wodą traci oddech, siły … i po zabawie…

Poczytajcie:

http://www.kulinski.navsim.pl/art.php?id=2505&page=60

i

http://www.kulinski.navsim.pl/art.php?id=2497&page=75

Nurkuję po raz pierwszy. Woda mętna – nie wiele widać. “Na macanego” zakładam  na śrubę i wał przygotowaną pętlę. Zanim zdążyłem zaciągnąć węzeł, dostaję kadłubem po głowie i gubię drugi koniec liny. Lekko spanikowany wypływam. Cholera .. trzeba drugi raz nurkować i szukać liny. Nurkuje drugi raz – teraz  z kolei cała pętla zsuneła się ze śruby. Trzeba zacząć od początku…… Jacht zachowuje sie jak koń, który się najadł szaleju…. Podskakuje i wierzga, podrzucany przez fale.  ….Za szóstym razem sukces…. Pętla zamotana,  zaciagam mocno węzeł i mocuję liny do knagi. Śruba zabezpieczona. Wychodzę z wody. Ciepła kapiel pod prysznicem, suche ciuchy i herbata z rumem… Należy się ….

Diagnoza postawiona.  Pacjent chwilowo zaopatrzony. Czas przygotować zabieg przywracający do życia.

I tu na scenę wchodzą Panowie Zdzisław i Darek z Warsztatu Szkutniczego.

Telefonicznie omawiamy wszystkie szczegóły techniczne. Wymiary, materiały. Bez zdjęć , rysunków i specyfikacji dogadujemy się błyskawicznie i skutecznie rozwiązujemy problem.  Stan jest taki: potrzebny jest nowy wał o długości c.a 110 cm… OK – dla pewności przyjmijmy 130 cm. Śruba osadzona jest na stożku, którego nie mogę zwymiarować bez wyciągania jachtu na ląd.  Z drugiej strony, na szczęście, wał nie kończy sie żadnym wielowypustem czy kwadratem, trudnym również do precyzyjnego zwymiarowania w warunkach jachtowych ale jest “prostym wałkiem” fi 25mm – to bardzo upraszcza sprawę. Nadmiar “z długości” obetnie sie  flexem. Tylko co z tym stożkiem z drugiej strony?   Przypominam sobie, że Pan Zdzisław, w Trzebieży, podczas wstawiania do Eternity, wyremontowanego silnika, skrytykował moją śrubę i wspomniał, że ma u siebie 4 płatową, “kłapouchą” śrubę uciągową, która na pewno lepiej by wykorzystała moc silnika.

Jest dla mnie jasne, że muszę ściagnąć z Polski komplet – wał ze śrubą. Chyba że zlecę dorobienie wału w Holandii, Belgii albo we Francji czy Hiszpanii. Tylko, że w tym celu, musiałbym chyba sprzedać jedną nerkę, a w najbliższym czasie będą mi potrzebne obydwie.

Decyzja może byc tylko jedna – kompletujemy nowy wał ze śrubąw Polsce. Zostaną dosłane pocztą kurierską do nieznanego mi w tej chwili miejsca. Muszę dojść jak najdalej, wykorzystując sprzyjający wiatr.  Mimo, że mamy dużo czasu, Pan Zdzisław deklaruje, że na skompletowanie zestawu potrzebuje 2 dni ( i faktycznie po 2 dniach komplet jest do odboiru !!!). Logistyką przesyłki zajmują się moi synowie Marek i Olek. Marek rozsyła też “wici” po znajomych w Portugalii. Są opcje naprawy w Porto albo w Lizbonie.

Najpierw jednak trzeba tam dopłynąć.  Na chwilę przestaję się zajmować wałem, skupiam sie na żeglowaniu.

W tzw. międzyczasie pożegnałem się z Holandią i, zanim zdążyłem podnieść jej “courtesy flag”, również z Belgią. Wpływam na wody francuskie.  Nie trwało długo, gdy podpływa wielki statek z napisem DOUANE….  Francuscy celnicy poważnie podchodzą do swojej pracy. Przez radio słyszałem jak przepytują przepływające jachty i większość z nich zatrzymują do szczegółowej rewizji na wodzie.

Taka rozmowa się odbyła:

D: Sailing Vessel Eternity, Sailing Vessel Eternity

E: This is Sailing boat Eternity Sierra-Papa-Sierra-Two-Nine-Eight-Four, Good afternoon Sir.

D: Eternity. Good afternoon Sir. This is France Custom Ship. Please switch at channel 68

E: Eternity, Roger,  Channel 68

D: Eternity. Thank you Sir. Please spellcheck Your port of registry … “tstsetin”?

E: Yes Sir:  Sierra-Zulu-Charlie-Zulu-Echo-Charlie-India-November, Sir.

D: Thank you Sir, please stay at Ch 68

………………………….

D: Eternity. Thank you Sir. How many passengers have you onboard. Sir?

E: Only one Sir. I’m alone. Sir.

D: Thank you Sir. What is your last port, Sir and port before last port?

E: Last port – Insel Vlieland in Netherland, Sir. Port before Vlieland -Thyboron in north Denmark, Sir.

D: Thank you Sir. What is your port of call in France, Sir?

E: I didn’t foreseen to visit France, Sir.

D: Thank you Sir. What is your destination, Sir?

E:  probably Spain, Sir.

D: Thank you Sir. … Eternity.  What is the purpose of  your trip, Sir?

E:  probably circumnavigation of the earth, Sir.

……………………………..

D: Thank you Sir. Do you have a sponsor, Sir?

E: No Sir. The trip is on own costs basis, Sir.

………(opływają jacht  po raz trzeci i lornetują)

DSC_0140_resizeD: Thank you Sir. What means sign “ikoszentrum”on your foresail, Sir?

E: This is logo of  consulting and engeneering company where I worked. I’ve got 2 year’s vacation.  The President of EKOCENTRUM , private is  my friend and he is a founder of the foresail, but not a sponsor of the whole trip, Sir. . Look Sir. I’m sixty years old man. If it is not best then it is the last time to do it. Isn’t  it?

……………………………..

D: Eternity. Thank you for cooperation, Sir. We all wish you safe and succesfull trip, Sir. Switch at ch 16.

E: Thank you Sir. Wish you nice evening and safe returnway home, Sir. Channel 16

 

Miło się gawędziło.

Gładko przechodzę tor wodny Dunkierki. Trochę trudniej tor wodny Calais, bo prąd niesie, a wiatr coraz słabszy..

Tor wodny biegnie tutaj blisko brzegu. Widać dziesiątki statków płynących w jedną i drugą stronę. Niemal jeden za drugim, jak w jakiejś gigantycznej kolejce. Odchodzę kilka mil, ciesząc się, że oto przeszedłem przez  to cholerne “ucho igielne” – cieśninę Dover – Calais.

Za wcześnie !!!!

Schody dopiero się zaczynają, bo jest przesilenie pływu. Prąd, który przeniósł mnie przez cieśninę, teraz zmienia kierunek i zaczyna wyhamowywać jacht. A wiatr coraz słabszy. Robi sie ciemno. Mało co widać. Świeci lampa na cyplu Cap Griz Nez, który chciałbym jak najszybciej opłynąć i kardynałka na mieliźnie, którą już minąłem. Prędkość spada do 2kn, do 1, 0. Stoję w miejscu.

O nie !!! Bestia dopiero się rozkręca !!!. (ktoś ostatnio  wspominał o Stephenie Kingu i potworach? – voilà).  Patrzę na chartploter a tam cuda.  Dziób mam skierowany na zachód, a chartploter pokazuje że płynę na wschód, północ, półudnie, znów wschód z prędkością 0,5,  1,0 , 1,5kn. Jadę do tyłu. A wiatr “siada” coraz bardziej.  Jak tak dalej pójdzie, to wypchne mnie na “rutę” albo na tor podejsciowy do Calais. A bez silnika bedę jak bezwładna kłoda na wodzie. Na szczęście mam do tych miejsc jeszcze spory zapas wody. Żeby choć troche dmuchneło. …

Dmuchnęło na chwilkę. Nieznacznie odrabiam straty, albo przynajmniej stoję w miejscu. W najgorszym razie tak ustawiam jacht, żeby ten ujemny wektorek prędkości nie celował przynajmniej w “rutę”.

Telefon – dzwoni Remik. Obserwuje mój track na Marinetraffic i jest zaintrygowany tym “tańcem św, Wita” na wodzie. Oczywiście domyśla się sprawcy. Dodaje mi otuchy. Dziękuję – potrzebowałem wsparcia doswiadczonego kolegi-kapitana. Czuję się nieco raźniej, chociaż wiatru nadal “nawet na lekarstwo”. Flauta. Żagle bezwładnie przewalają się z burty na burtę, tak jak chcą fale.  Jedziemy do tyłu. To juz nie żarty. Wsteczny speed dochodzi momentami do 3 kn. Zbliżam się do miejsca, gdzie pod dnem morskim przechodzi tunel łączący Francję z Wielka Brytanią. A ja w poprzek… tor podejściowy do Calais już jak na dłoni… a na nim sunące statki. Robi się groźnie. Nie dla statków – dla mnie.

Trudno – muszę powiadomić o sytuacji Traffic Control. Wzywam ich kilkukrotnie na 16 kanale – bezskutecznie. W końcu jednak zgłaszają się. Informuję że mam  niesprawny napęd, a z powodu braku wiatru jest niebezpieczeństwo, że za 30 min wyląduję na torze podejściowym.  Traffic Control przyjmuje zgłoszenie i przekazuje mnie w “ręce” stacji ratownictwa… Ratownicy są gotowi natychmiast wystartować i odholować mnie do dowolnego portu… Prawie słyszę w głośniku brzęk mamony….  Poprosiłem o 15 minut do namysłu… czekam chyba na cud..

Zdarzył się cud… Woda zaczęła się lekko marszczyć. Mogę już powstrzymać ruch wstecz. Poruszam się w poprzek prądu. Moim celem i największym, w tej chwili, marzeniem są mielizny przy brzegu. Gdyby tak jeszcze chwilkę marszczyło wodę, może dałbym radę tam dotrzeć, stanąć na kotwicy i przeczekać? Minęło 20 minut – na antenę wraca SAR. Pytają jak sytuacja. Mówię, że jest lekki wiatr i może wybrnę o własnych siłach. Proszę jeszcze o 20 minut. Nie ma mowy. Łódź jest gotowa do startu, kasjer już liczy pewnie moje pieniadze. Daje mi 5 minut na ostateczną decyzję.  A ja płynę w kierunku  cudownej mielizny – jeszcze troszkę wiatru.  Tym razem dokładnie po 5 minutach SAR pyta o decyzję. Ja już ja podjąłem. Dziękuję Panom za wsparcie, przepraszam za kłopot i anuluję wezwanie o asystę. Na pewno? Na pewno. Bye.

Doczłapałem się do tej mielizny. Ale nie stanąłem na kotwicy. Przy brzegu niespodzianka. Wsteczny prąd.  Przypomniałem sobie natychmiast jak się pływało kajakiem po Odrze, pod prąd.  Od cypelka do cypelka niósł prąd wsteczny. Machać wiosłem trzeba było tylko po to żeby opłynąć cypelek i wejść w następnego “wstecza”.  Tutaj rolę “cypelka” gra Cap Griz Nez i szczególne ukształtowanie brzegu.  Czy pływając na dużych jachtach o zanurzeniu 2,5 czy 3 m, ktokolwiek zastanawia się co się dzieje na mieliznach, tak bliskich brzegu, że czuje się zapach krów na pastwiskach?  Nie. Wiem po sobie, że nie. Takie miejsca omija się z szacunkiem i duuużym łukiem.  Tylko taka krótkonoga (z całym szacunkiem), kaczka jak Eternity, może sobie pozwolić na harce na takim terenie.  I całe szczęście.  Kiedyś, w wolnej chwili, prześledzę okolice Cap Griz Nez bardziej naukowo.  Teraz to zaskakujące zjawisko wybawiło mnie z kłopotu. Wiatru też przybyło. Jechałem już 2, 3 a potem 4 , 5 i 6kn.  I tak dojechałem do Cap Griz Nez i objechałem go, w tak bliskiej odległości, że mógłbym prawie zajrzeć latarnikowi do talerza….

Za cyplem zdechło zupełnie. Przejechałem z prądem kilka mil, machaniem steru nadając jachtowi kierunek w stronę kolejnych mielizn na wysokości  Boulogne Sur Mer. Ok 6 rano zakończyłem tę walkę, stając na kotwicy. Dopiero teraz mogłem uznać że naprawdę przeszedłem cieśninę Dover – Calais. Długo będę pamiętać to doświadczenie. Żeglarstwo w czystej formie.

Już kończę.

Wiem – zanudzam, potencjalnych p.t. czytelników. Przyjaciele wybaczą. Te zapiski są ważne dla mnie. Wiedziałem od początku rejsu a nawet długo przed wyprawą, że” będzie się działo”, ale natłok wydarzeń jest tak ogromny, że jeśli czegoś natychmiast nie zapiszę, to następnego dnia trudno sobie już szczegóły przypomnieć. Żyję “tu i teraz”. “Wczoraj” już kompletnie nie ma znaczenia a “jutro” jest jedną wielką niewiadomą, więc nie ma co snuć planów.  Może to szczególna cecha rejsów “solo” ? Standby 24/24 ?  Pewnie coś w tym jest….  Skagen, Limfjord, Thyboron a nawet Vlieland, to już zamierzchła historia. Od Vlieland poleciłem załodze wypełniać Dziennik jachtowy, z prawdziwego zdarzenia. Zapisuję oczywiście tylko najważniejsze wydarzenia i czasem pozycję. Czasem, bo gps rejestruje track non stop, nie jest więc to konieczność najwyższej wagi (kandydaci na stopnie żeglarskie natychmiast zapomną ten fragment – proszę). Ale, ale – dzięki dziennikowi nie umknął mi szczególny moment.  W poniedziałek 08.09.2014 o godzinie 1547 UTC (czas Eternity) przekroczyłem południk “0”. Jestem na półkuli zachodniej.DSC_0163_resize    DSC_0164_resize

Teraz już krótko – po przejściu Cap Griz Nez, przestałem na kotwicy 2, bezwietrzne, dni.  Wyspałem się za wszystkie czasy, naprawiłem to co się popsuło i mogłem wrócić do uzgadniania szczegółów w sprawach wałowo-śrubowych.

Prognozy wiatrowe mówiły o silnym, przeciwnym, wietrze wzdłuż półwyspu Iberyjskiego. Lizbona, cel, który pojawił się jako jedna z opcji, stała się nieosiągalna. Konieczność wejścia na żaglach do portu, wykluczyła wszystkie małe porty i mariny po drodze. Po dłuższej naradzie z Piotrem K., skipperem Selmy (dzięki Piotrze za wsparcie), uznaliśmy, że w grę może wchodzić Camaret Sur Mer lub Cherbourg, gdzie wejście jest szerokie jak wrota od stodoły. Ostatecznie wybór padł na Cherbourg, gdzie są też zdecydowanie lepsze warunki do wyciągnięcia jachtu na ląd i naprawy.

Piotr skontaktował się z mariną w Cherbourgu, anonsując moje nadejście. Mnie nie pozostało nic innego niż żegluga.  Była co prawda, po drodze,  przeprawa z silnymi prądami osiągającymi tu momentami 6 kn, które raz niosły nieprzytomnie do przodu, by znów za kilka godzin cofnąć jacht o parę mil, ale to już bajka, w porównaniu z tym, co przeszliśmy w kampanii  pod Cap Griz Nez.

Przed wejściem do Cherbourga trzeba uważać, żeby nie przegapić właściwego momentu, w którym trzeba zacząć się “składać” do podejścia, bo łatwo można “przejechać” Cherbourg i wylądować w Baliwacie Alderney, a wrócić można dopiero “wieczornym pociągiem”, czyli gdy prąd się obróci. Udało mi się nie przegapić właściwego momentu i we wtorek o 1442 UTC, z błogosławieństwem Traffic Control, wszedłem na żaglach do Cherbourga. Przed samą mariną przechwycił mnie już marinowy pontoon, który dostawił Eternity do właściwego Y-bomu. Kropka.

DSC_0171_resize
DSC_0173_resizeDSC_0172_resizeDSC_0181_resize

Nie – jeszcze statystyka. Z Vlieland szedłem 8 dni. Na logu Eternity 1252 Nm.

I jeszcze jedno.

Właściwie od początku rejsu jestem w stałym kontakcie z Szymonem Kuczyńskim, który 30 sierpnia wyruszył z Dziwnowa w samotny rejs dookoła świata na 6 i pół metrowym jachcie Maxus o nazwie “Atlantic Puffin”. Z Szymonem znamy się z bałtyckich regat samotników Polonez Cup w 2012 i 2013 roku.  Dziś wymieniliśmy taką oto korespondencję:

S:Znów wyścig po Solencie. Wszyscy na dieselgrotach. Ja nie mam, więc stoi z przodu takie duże , czerwone, baloniaste. Prowadzę :). Gonie prosto do Cherbourga.

J: Widziałem na Marinetraffic że idziesz :). To ja czekam z flaszką Bordeaux :). Stoje przy Y-bomie na samym końcu mariny, przy jej biurze i stacji CPN.

Czy mam zorganizowac wciągnięcie Cie do mariny? Marina ma nasłuch n aCh 9.

Wiesz co? Wino winem, bagietki bagietkami… Czekam na Ciebie z prawdziwym, domowym obiadem. Lubisz kotlety mielone ze świeżymi ziemniaczkami z masłem i sałatką  z pomidorów? Tak Cie powitam :). Czekam

S:Jacku, obiad ostatni dobry to z Brożką w Dziwnowie jadłem, wiec propozycja fantastyczna :). Co do wejscia, to zazwyczaj sobie radzę sam, a Cherbourg znam, więc pewnie dam radę. Jakby był problem, będe dzwonił. Jesli utrzymam to tempo, to wejdę z południowym przypływem. P.S. Do mielonego pasować będzie polskie piwo :).

J: Do obiadu będzie Bordeaux. Piwo na wieczór. Ok. południa będziesz mieć boczny prąd ok. 5,5 kn, zachodni. W ostatniej chwili zareagowałem bo by mnie zaniósł na Guernsey. Nie daj sie znieść. Ok. 3 Nm przed Cherbourgiem jego wpływ zanika i samo wejście na żaglach przy wietrze E-NE to bułka z masłem.  Qrcze ja tu pływałem 16m jachtem i nie pamiętam takich jaj.  Na maleństwie trzeba sie uczyć żeglarstwa od nowa.   Obiad na 15 więc poganiaj konie :). Trzym się.

Wygląda na to, że od jutra będę mieć towarzystwo. I to nie byle jakie 🙂

Bardzo sie cieszę.

 

O logistyce, częściach zamiennych i samym Cherbourgu innym razem.

Mam kilka zdjęć ilustrujących ten wpis – postaram się dorzucić je jutro do galerii.

Teraz to już naprawdę koniec 🙂

 

2 komentarze

  1. RoCh pisze:

    “Wczoraj” już kompletnie nie ma znaczenia a “jutro” jest jedną wielką niewiadomą, więc nie ma co snuć planów.
    Pięknie to ująłeś Kapitanie. Pozdrawiam.

  2. Tomek pisze:

    Powiem Ci, że blog coraz bardziej wciągający 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *