Ptak kapitana

00:21 , 27 września 2014 3

Nie pamiętam rejsu morskiego, podczas którego na pokładzie jachtu nie usiadłby zagubiony na morzu lądowy ptak.

Ptak lądowy - "wróblowaty"

 

 

 

 

 

 

 

Lądowy, podkreślam. Bo ptaków morskich jest zwykle sporo. Krążą wokół jachtu, często siadają na wodzie, w pobliżu…

Czasem, taki siedzący na fali, podczas sztormu, ptak morski zdaje się mówić żeglarzom: – „Nie bójcie się. Ten sztorm – te wielkie fale zalewające jacht, to wycie wiatru w takielunku i trzeszczenie żagli, pracujących na granicy wytrzymałości, straszy was dlatego, że walczycie z morzem i wiatrem. A z nimi nie wolno walczyć, bo nie da się wygrać. Są doskonałymi wytworami Natury, podobnie jak wy i ja, ale dużo potężniejszymi w swojej masie i sile. Odpuście. Popatrzcie na mnie. Siedzę na tych wielkich falach, poddaję się ich naturalnemu biegowi i nic mi się złego nie dzieje. Spowolnijcie bieg jachtu – niech nie tłucze o fale, jak oszalały taran. Zredukujcie żagle. Zostawcie tylko mały skrawek płótna, żeby jacht słuchał steru. Płyńcie z wiatrem. Trwajcie. Nic złego się nie stanie. Najpotężniejszy nawet sztorm, kiedyś się skończy”. Tak. Ptaki morskie zawsze towarzyszą jachtom. Wraz z szerokością i długością geograficzną, zmieniają się tylko ich gatunki.

Z ptakami lądowymi jest inaczej. Te znajdują się na otwartym morzu przez nieszczęśliwy przypadek – zwykle, porwane przez silny, sztormowy wiatr. Czasem jednak, nawet podczas ładnej pogody, porywane są przez prąd strumieniowy – tzw. „jet stream”, jeśli, lekkomyślnie, zbyt wysoko się wzniosą. Zwykle, kończy się to dla nich tragicznie. Po wielogodzinnym, szaleńczym machaniu maleńkimi skrzydełkami, opadają z sił i giną w morzu. Czasem jednak, w bezkresie oceanu, dostrzegą statek, lub maleńki jacht, będący dla nich wybawieniem. Mogą odpocząć, przeczekać silny wiatr – nabrać sił przed powrotem na ląd. Są wzruszające w swojej bezradności i zawsze wywołują uczucia opiekuńcze. Być może, w swoich małych główkach, wdzięczne są za okazaną gościnę ale niepotrzebnie. Nigdzie nie zapisana zasada solidarności na morzu nakazuje zawsze i w każdej sytuacji udzielić potrzebującym pomocy i schronienia. Ludziom w potrzebie przede wszystkim, ale np. psu dryfującemu na krze, wyrzuconemu na brzeg wielorybowi, czy ptakowi, porwanemu przez wiatr, również. Najpiękniejsze u „ludzi morza” jest to, że niosą pomoc z ogromnym poświęceniem, czasem z narażeniem własnego bezpieczeństwa i zwykle, całkowicie bezinteresownie – właśnie z poczucia solidarności.

Ale wracając do ptaków. Pamiętam, jak podczas rejsu z Amsterdamu do Świnoujścia, w 2010 r, taki właśnie mały ptaszek, z gatunku „wróblowatych”, przysiadł na pokładzie rufowym Panoramy, tuż za mną. Żeby go nie spłoszyć, klęczałem jak zamurowany, a on, zachęcony tym bezruchem, wskoczył mi pod nogi, i dalej … pod siedzenie.

Ptak kapitana I

 

 

 

 

 

 

 

Musiało to wyglądać dość komicznie, bo za plecami usłyszałem chichoty żeńskiej części załogi i trzask migawek. Ktoś powiedział: „ptak kapitana” … i tak już zostało… . Mieli ubaw do końca rejsu. Ja też.

Dzisiaj, na moim relingu usiadł, umordowany długim lotem, ptaszek – jak zwykle z „wróblowatych”.

Jean Pascal 2

Wnioskując z kierunku wiatru i faktu, że jesteśmy na środku Zatoki Biskajskiej, przebył niewiarygodnie długą drogę – ok. 200 mil, aż z północnej Bretanii. Nazwałem go więc Jean Pascal. Pascal, na cześć pracownika mariny Chantereyne, w Cherbourgu, o którym wspominałem wcześniej *. A Jean? Nie mam pojęcia … Chyba po prostu podoba mi się ta zbitka imion. A gdyby to była samiczka? Nazwałbym ją Francoise –  bo ładnie brzmi – już bez żadnych skojarzeń osobowych. Nie posiadam umiejętności „seksera” i nie potrafię określić płci ptaków. Zresztą, w tym celu musiałbym wziąć go do ręki, a to jest raczej „awykonalne”. Umówimy się więc, że będziemy się traktować, jak facet, faceta.

 

Jean Pascal jest bardzo nieufny. Mimo widocznych oznak wyczerpania, wbił pazurki w linkę relingu, z daleka ode mnie, z trudem walcząc z silnymi podmuchami wiatru. Dopiero bryzgi fal skłoniły go do zejścia niżej – na ławkę kokpitu …  i jeszcze niżej na greting. Jean Pascal

 

– Jean Pascal, mówię do niego,

– cieszę się bardzo z twoich odwiedzin. Posiedzimy, pogadamy, czuj się jak u siebie.
– Odpoczywaj teraz.
– Ale zauważ, proszę, że ja płynę, w kierunku przeciwnym do twojego domu. Dobrze ci radzę, gdy nabierzesz sił, przesiądź się na któryś z tych wielkich statków, idących do Rotterdamu. 6 mil stąd, z wiatrem, znajdziesz rutę, po której idą, jak po sznurku. Jeden za drugim. Zablindujesz się w jakimś wywietrzniku, posiedzisz tam dyskretnie, a one zawiozą cię pod sam dom. Przemyśl to, proszę…..
… Jak grochem o ścianę ….
Jean Pascal tylko stroszy piórka, przekrzywia główkę w obydwie strony i dziwnie mi się przygląda.

Jean Pascal 4

 

 

 

 

 

 

 

Po chwili zauważa wielką, pustą przestrzeń, pod ułożonym, w poprzek kokpitu – moim legowiskiem-punktem dowodzenia-lub mostkiem kapitańskim, w jednym **.

IMG_1501_resize

 

 

 

 

 

 

 

 

I tyle było z naszej rozmowy.

Przestrzeń pod kapitanem dawała mu, widać, poczucie bezpieczeństwa. Wskoczył do niej szybko i przesiedział tam dobre 3 godziny, nie niepokojony. Tym samym, tradycji stało się zadość. Jean Pascal został kolejnym „ptakiem kapitana”. Wieczorem odleciał. Wiatr był na tyle słaby, że jeśli będzie dość wytrwały, da radę. A może skorzysta z rady i przysiądzie na jakimś statku ?

Żegnaj Jean Pascal !!! Bądź dzielny !!! Szczęśliwej drogi do domu !!!

Pewnie, gdy tam dotrze, będzie opowiadać znajomym wróblom o dziwnym, zarośniętym, żeglarzu z Polski, który godzinami się nie porusza i gada z ptakami….

/Atlantyk. Zatoka Biskajska, 22.09.2014/

 

* http//:circumnavigation.pl    –  Cherbourg
** dlaczego tak? – długo nie mogłem sobie znaleźć stałego miejsca na jachcie. Najwygodniej siedzi się opartym o kabinę rufową. Ale tylko na lewej burcie, bo na prawej „siedzi” sternik (znaczy – autopilot). Miejsce to jednak często odwiedzają fale, wpadające do kokpitu. Z czasem okazało się, że najwygodniejsze jest miejsce w poprzek kokpitu. Trzeba było tylko dorobić dwie deski, żeby ta „koja” miała wystarczającą szerokość. Deski pochodzą z dawnej półki , na której stało 4,5 mb książek z serii „sławni żeglarze”, więc pasują do klimatu, jak ulał. Siedząc/leżąc w tym miejscu mam świetny punkt obserwacyjny (gdy się wychylę za szprycbudę, oczywiście). Jestem osłonięty od wiatru, słońca i deszczu przez szprycbudę. Tuż obok mam wyświetlacz z najważniejszymi parametrami żeglugi, a przede wszystkim alarm AIS nastawiony na 2 Nm. Pod ręką jest kamizelka asekuracyjna, handszpak od pompy zęzowej, kombinerki, telefon satelitarny, telefon gsm, chartploter i atlas pływów (to ten telefon GSM właśnie), ukf-ka,  budzik, 5 par okularów, krem z wysokim filtrem, rękawice robocze (do kotwicy), ciepłe ciuchy , butelka z wodą mineralną, aktualnie czytana książka i pudełko z „krówkami”. W zasięgu ręki mam też prawoburtowy kabestan szotowy ( na razie tylko ten jest używany) i szoty grota. Czego więcej trzeba? 

3 komentarze

  1. henia pisze:

    ,,Ptak kapitana,, wyglada na drozda…nie za duzy..nie za piekny-ale za to jak spiewa…
    Milczace towarzystwo…4,5 mb ksiazek…i swiat caly przed Toba…..nic nie powiem….opowiadaj…

  2. Andrzej pisze:

    Cześć!
    Fajnie piszesz, byle tak dalej, trzymam za powodzenie rejsu.

  3. Wimpel pisze:

    Czytam wszystko, z tego co wiem EKC też czyta 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *