Stany euforyczne

23:52 , 26 września 2014 1

3 dni temu, wyszedłem na Atlantyk.

Atllantyk

 

 

 

 

 

 

Osiągnąłem zachodni trawers wysepki Ille Quessant. Taką umowną granicę sobie narysowałem, choć pewnie właściwszym było by przekroczenie odległej o ok. 70 Nm, granicy szelfu kontynentalnego, gdzie zaczynają się prawdziwe, sięgające 4000 m, atlantyckie głębie.

Od wyjścia na Atlantyk nie opuszcza mnie stan euforii.

Atlantyk

 

 

 

 

 

 

 

Oto, po 2 latach siermiężnych przygotowań, miesiącach spędzonych na rozgrzebanym do „podszewki” jachcie, a potem 43 dniach, nie mniej, siermiężnych zmagań z przeciwnymi wiatrami, prądami morskimi, awariami, zmęczeniem, niewyspaniem i kontuzjami, wychodzę wreszcie na, wymarzone, szerokie oceaniczne wody. Świeci słońce, woda ma kolor atramentu – jak trzeba, a w plecy wieje wiatr 3B. Jest cudnie. Radość przepełnia wszystkie komórki mojego organizmu. Chce mi się krzyczeć (robię to !!!), płakać (robię to !!!) i śpiewać (robię to !!!), a nawet czasem, radośnie, wyć (też to robię !!! … a co mi tam). Śmieję się pełną gębą do słońca, chmur, fal, ptaków, delfinów, ryb latających i mijanych statków.

delfiny1

Patrzę w lustro – tak wygląda szczęśliwy człowiek – OK – trzeba zapamiętać i ćwiczyć, aż do doskonałości.

Mijają 3 dni, a mnie się ciągle gęba śmieje, a dusza śpiewa gromkie alleluja. Nie przeszkadza mi, wpadająca do kokpitu, fala. Nie pzeszkadza mi nocny, ostry jak nóż, chłód, przynoszony przez północny wiatr.
Zaczynam się trochę niepokoić. A może to nie minie? Co będzie jeśli ten stan się utrwali? Jeśli, co nie daj Bóg, przejdzie w stan chroniczny – jakąś radość nawykową, czy coś takiego?
Zadzwonię do Wojtka. Upewnię się, czy przewidział w mojej apteczce jakieś lekarstwa na takie stany? Jakieś pigułki przeciw  nadmiernej radości? Jakieś proszki na wywołanie melancholii, albo jakieś czopki na przywrócenie poważnej miny? Na razie próbuję słuchać Fado, ale nie pomaga. Co pomyślą Portugalczycy, gdy wpłynę do Porto, czy innej Lizbony, z takim wielkim rogalem, przylepionym do twarzy? Że przypłynął jakiś wędrowny głupek?

Ś.p. Babcia Mania, rodowita kresowianka, opowiadała mi za młodu, że publiczne okazywanie radości, nie należało, w Jej stronach, do dobrego tonu. Na co dzień należało posługiwać się wyrazem twarzy lekko-zatroskanym, z odchyłką w kierunku lekko ponurego. Gdy dorosłem, dowiedziałem się, że jeśli ktoś  szedł ulicą, szeroko uśmiechnięty, to mówiło się o nim, za plecami oczywiście: (cytuję z pamięci – nieletnia młodzież opuszcza ten fragment) „[…] p……..ęty, zawsze uśmiechnięty […]”(koniec cytatu). Mam wrażenie, że ten sposób myślenia przeniesiony został później, jak jakiś wirus, do powojennej Polski i wziął ją, na długo, we władanie. Podczas, gdy reszta świata uodporniła się na niego i ludzie radośnie się do siebie uśmiechają, u nas infekuje i ma się dobrze, do dziś…. Zostawmy Kresy w spokoju.

Tak naprawdę, to bardzo mi się podoba ten „uchachany” stan ducha. Zamierzam go więc starannie pielęgnować.

A co tam !!!! Zaryzykuję !!!  Podzielę się dziś ze wszystkimi wirusem mojej radości !!! Niech obejmie epidemią cały Kraj, albo przynajmniej moich Bliskich, Przyjaciół i Znajomych. Tego Wam wszystkim życzę. Niech Radość (wirus radości, znaczy) będzie z Wami !!!

Nie wiem tylko co ja zrobię jeśli spotkam, w Portugalii, Kresowiaków?
Macie jakieś pomysły?

/Atlantyk-jeszcze Biskaje. 24.09.2014r/

 

One Response

  1. jola napisał(a):

    TAK TRZYMAJ!!
    Jola

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *