Tsunami Alert

19:27 , 19 lipca 2015 0

 

Poranek 25 marca 2015r.  Słońce dopiero zaczyna mocniej grzać. Godzina 10, to dobry czas, żeby wybrać się na brzeg załatwić formalności związane z odejściem – tzw. „check-out”. W Charlotte Amalie, na wyspie St.Thomas, USVI, czyli Wyspy Dziewicze Stanów Zjednoczonych, stanąłem, na kotwicy, 3 dni temu, późnym wieczorem.

część kotwicowiska Charlotte Amalie

część kotwicowiska Charlotte Amalie

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Następnego dnia załatwiam sprawy formalne, czyli „check-in” w biurze amerykańskiego C&BP (Custom&Border Protection) i idę przejść się po mieście. Porażka. Ta wyspa wygląda jak wielki sklep jubilerski. Klientami są tysiące turystów, z wielkich statków wycieczkowych, których w porcie widzę 3. Nie podoba mi się tu. To nie są „klimaty” których szukam. Zrobię odprawę, wieczorem wyrwę kotwicę i ruszę w kierunku Puerto Rico.

 

2015-03-25 10-44-23ST.THOMAS_217_resize

2015-03-25 10-45-25ST.THOMAS_222_resize

2015-03-25 10-43-26ST.THOMAS_210_resize

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jestem już jedną nogą w dinghy, gdy na brzegu rozlega się przejmujący dźwięk syreny alarmowej. Jest w nim coś niepokojącego. Po chwili włączają się następne i następne. Ogluszający dźwięk musi być słyszalny na tej i sąsiednich wyspach.

Co się dzieje?!
Po dłuższej chwili syreny milkną. Z gigantofonów rozmieszczonych na brzegu rozlega się  męski głos:

ATTENTION ! ATTENTION ! TSUNAMI ALERT !

Ponownie rozlega się ryk syren i po chwili znów ten sam komunikat, tym razem uzupełniony o wezwanie mieszkańców do natychmiastowej ewakuacji, na najwyżej położone obszary miasta i wyspy.

A więc stało się. Wiedziałem, że jestem na najbardziej aktywnym sejsmicznie skrawku Atlantyku, ale miałem nadzieję, że tego nie doświadczę.

Wracam na jacht i błyskawicznie analizuję sytuację.
Nie podano żadnych szczegółów. Kiedy nastąpił wstrząs i gdzie znajduje się epicentrum? Kiedy nadejdzie fala? Jaka jest jej szybkość i wysokość? Kwestia czasu gra tu decydującą rolę.

Gdybym stał na kotwicy, daleko od brzegu, mógłbym przedłużyć łańcuch o jakieś 50 m i rzucić drugą kotwicę z 50-100m liny i to powinno wystarczyć zarówno na przetrzymanie fali tsunami jak i na „cofkę”. Stoję jednak ok 400m od brzegu. Moje kotwice nie wytrzymają naporu wody i niesionych przez nią sąsiednich jachtów, samochodów, drzew i fragmentów budowli zmiecionych z brzegu. Na ucieczkę na ląd może już być za późno. Jedynym rozsądnym rozwiązaniem wydaje się natychmiastowa ucieczka na otwarty ocean.
Jestem w głębokiej zatoce. Do otwartego oceanu mam ok 2 mil, czyli jakieś 20 minut na pełnych żaglach i silniku „co koń wyskoczy”. Woda jeszcze nie zaczęła się cofać, co zawsze poprzedza nadejście fali tsunami. Ten wsteczny prąd dodatkowo przyspieszy wyjście na ocean. Jeśli wstrząs był silny i fala jest wielka, może „wyssać” wodę z kotwicowiska i jachty osiądą na dnie, bezbronnie czekając na swój koniec. Nie ma chwili do stracenia.

Co robią inni? Rozglądam się po kotwicowisku. Stoi tu ok. 100 jachtów. Nie widzę oznak paniki.
Włączam radio.
Na kanale 16 „gotuje się”.
Żeglarze przekrzykują się, próbując ustalić co się dzieje.
Po chwili sytuacja się klaruje.
– To ćwiczenia. Nie ma żadnych powodów do niepokoju, uspokaja głos oficera US Coast Guardu.
Uff !!! Napędziliście nam niezłego stracha.
Po chwili, zewsząd, sypią się na US Coast Guard, gromy.
– Ćwiczenia były ogłoszone w internecie i w lokalnej prasie – tłumaczy Coast Guard.
– Za ich przeprowadzenie odpowiedzialna jest agencja VITEMA (Virgin Islands Territorial Emergency Management Agency), a nie Cast Guard. Próbie podlega sprawdzenie 22 syren alarmowych na całym obszarze USVI, obejmującym wyspy St.Thomas, St.Croix i St.John. Instrukcję postępowania można sobie znaleźć w internecie.
„Instructions:
The siren test is part of a tsunami exercise being conducted by VITEMA. There is no need for alarm or action required by the public.”

– To dobrze że są ćwiczenia, ale czy nie można było uprzedzić żeglarzy przez radio?, zadaje retoryczne pytanie sąsiad z amerykańskiego jachtu.
Fakt, ktoś tu chyba czegoś nie dopatrzył. Gdyby 100 jachtów wyrwało kotwice i jednocześnie ruszyło w kierunku przesmyku na ocean, zrobiłby się niezły bałagan.

Wszyscy oddychają z ulgą. Trzeba przyznać, że przez chwilę powiało prawdziwą grozą.
Zresztą, posłuchajcie sami:

 

Formalności na brzegu przebiegają gładko. To był mój pierwszy kontakt z administracją amerykańską. Poza tzw. „pełną procedurą” imigracyjną, polegającą na wypełnieniu kilku formularzy i sprawdzenia odcisków palców z obu rąk, nie ma żadnego, uciążliwego przeczesywania jachtu, legendarnych psów tropiących, czy kłopotliwych pytań o zapasy żywności, na jachcie.
– Gzie stoi jacht?
– O, tu, tu.
– Ok.
To samo przy odprawie wyjściowej. Miło i „na luzie”.

Przed odejściem z St. Thomas cumuję na, dłuższą, chwilę za rufą jachtu „Fazisi”.

 

za rufą "Fazisi"

za rufą „Fazisi”

 

 

 

 

 

 

 

 

 

To legendarny jacht regatowy, który, pod rosyjską banderą, brał udział w wokółziemskich regatach Whitbread 89/90. Konstrukcja aluminiowa, w technologii „kosmicznej” – tj. poszycie wykonano z blach pochodzących z odzysku, z radzieckich statków kosmicznych. Mówi się, że we wnętrzu kadłuba można jeszcze czasem usłyszeć szczekanie Łajki. Koleje losu Fazisi, już po zakończeniu regat, to materiał na niezłą książkę.

 

"Fazisi" na St. Thomas

„Fazisi” na St. Thomas

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ostatecznie jacht trafia w polskie, a właściwie w polsko – amerykańskie ręce. Jego właścicielem jest PYANA – Polish Yachting Assotiation of North America. Dziś stacjonuje w Nowym Jorku, w pobliżu „polskiej barki” zakotwiczonej w Gateway Marina, w Dead Horse Bay, na Barren Island.

Z międzynarodową załogą „Fazisi” spotkałem się wczoraj.

załoga "Fazisi"

załoga „Fazisi”

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wbrew swoim zwyczajom, zaczepiłem, na ulicy, ludzi rozmawiających po polsku. Dzięki temu zyskałem jednak, nie tylko, grupę nowych przyjaciół ale też zobaczyłem, że St.Thomas to nie tylko sklepy jubilerskie ale również sieć urokliwych, wąskich uliczek, kryjących prawdziwe perełki architektury.

urokliwe uliczki Charlotte Amalie

urokliwe uliczki Charlotte Amalie

 

 

 

 

 

 

 

 

 

urokliwe uliczki Charlotte Amalie

urokliwe uliczki Charlotte Amalie

 

 

 

 

 

 

 

 

 

W jednej z takich uliczek mieści się Royal Anchor Bar – prowadzony przez Darka, naszego rodaka, kapitana jachtowego, pilota własnej aviometki, nurka, miłośnika marynistyki i przeuroczego gospodarza, w jednej osobie.

Royal Anchor Bat

Royal Anchor Bat

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Darek jest niedoścignionym gawędziarzem, sypiącym anegdotami „jak z rękawa”, a do tego serwującym niezwykłe w smaku trunki, z legendarnym „Painkillerem”, na czele.

Darek, za chwilę, czymś zadziwi

Darek, za chwilę, czymś zadziwi

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Gdybyście jednak kiedyś zawinęli do Charlotte Amalie, na St.Thomas i chcieli spotkać Darka, weźcie pod uwagę, że to Karaiby i może to nie być łatwe, o czym, zresztą, lojalnie ostrzega tabliczka, zawieszona na drzwiach Royal Anchor Pub.

 

... i wszystko jasne

… i wszystko jasne

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pożegnanie na „Fazisi” przeciąga się do późnego wieczora. Tuż po zapadnięciu zmroku, obok nas przepływa łódź motorowa US Coast Guardu. Bez świateł. Patrolują okoliczne wody używając noktowizorów. Są postrachem przemytników i nielegalnych imigrantów.

Ok. 22 wymieniamy ostatnie uściski i życzenia ponownego spotkania w Nowym Jorku. Przechodzę na Eternity. Stawiam żagle, oddaję cumy i szybko odchodzę na ocean. Mijam okoliczne wysepki i gdy przed sobą mam już tylko 60 milowy pas wody oddzielajacej mnie od Puerto Rico, układam się w koi, sterowanie zostawiajac autopilotowi.

Krótko po północy budzi mnie ostry dźwięk policyjnej syreny. Kokpit oświetla ostre światło reflektorów. Jasno, jak w dzień. Wyskakuję na pokład.

– This is US Coast Guard – słyszę głos, dochodzący z głośnika. 5m od mojej lewej burty sunie, niemal bezgłośnie, łódź US Coast Guardu. Ta sama, którą widziałem wychodzącą, wieczorem, z portu.

-Good evening captain. Everything ok?
-Yes Sir. Everything under control, Sir. Good evening.

Chłopcy z Coast Guardu widząc, w noktowizorach, jacht żaglowy, pomykający po oceanie, nocą, bez sternika, podpłynęli sprawdzić czy wszystko gra.
Wszystko gra.
Wymieniamy kilka kurtuazyjnych, zdań i odpływają, życząc bezpiecznej drogi.

Czuję się bardzo „zaopiekowany” i jestem, naprawdę, wdzięczny za okazaną troskę.
Potrzebuję jednak dłuższej chwili, by poziom adrenaliny osiągnął wartość, umożliwiajacą powrót do koi, by kontynuować przerwaną drzemkę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *