„Yellow Bahama” – zapiski z dziennika jachtowego

17:35 , 24 kwietnia 2015 10

Środa, 15 kwietnia. Wczesnym rankiem, kładę kotwicę w Abraham’s Bay, przy wyspie Mayaguana. To pierwsza wyspa, należąca do archipelagu Bahama, na mojej drodze. Bardzo się odróżnia od górzystych i zielonych wysp Małych czy Wielkich Antyli !…

2015-04-15 16-46-15_MAYAGUANA_237_resize

na kotwicy w Abraham’s Bay

Właściwie, to przypomina pacyficzny atol – tyle, że zamiast centralnej depresji, ma w środku wyspę, a gruntem tej wyspy są zwapniałe koralowce.

2015-04-15 10-55-15_MAYAGUANA_019_resize

Mayaguana widziana od strony laguny

To wyniesiona, kilkanaście metrów ponad powierzchnię oceanu, rafa koralowa otoczona płytką laguną, w której aż gęsto od, sięgających lustra wody, „coral heads”.

2015-04-15 11-04-15_MAYAGUANA_034_resize

ta ciemna plama na wodzie, to „coral head”

Nie zamierzam tu długo stać. Na wyspie jest tylko niewielka osada – Abraham’s Bay, z kilkoma barakami rządowymi, w tym, punkt imigration/custom, gdzie zrobię odprawę. Kotwicowisko znajduje się wprawdzie w lagunie, za barierą raf koralowych, ale otwarte jest i na wiatr, i na fale. Jachtem niemiłosiernie kiwa na boki (rolling, rolling, rolling), a kotwica ciężko pracuje. Stoję na głębokości 1,5 m (jest LW). W wodzie mam 30 m łańcucha, który jest wiecznie naprężony i żałośnie pojękuje. Nie pomaga założenie specjalnych, gumowych, amortyzatorów.

2015-04-15 11-42-10_MAYAGUANA_041_resize

„swell” – łańcuch ciężko pracuje

Dla „świętego spokoju”, wrzucam do wody, obok jachtu, 10 kg kotwicę Danfortha.  20 m liny leży zwinięte na pokładzie. Gdyby puściła kotwica główna, lub pękł łańcuch, Danforth zatrzyma jacht do mojego powrotu. „Strzeżonego Pan Bóg strzeże”. Oprócz mnie, w lagunie, stoją 2 jachty, ale nie widać na nich nikogo.
Miejscem kontaktu z lądem jest betonowy „goverment’s dock” – pirs, wysunięty ok. 100m w stronę laguny. Dojście do niego prowadzi, szerokim na 2 m, kanałem, „dinghy route”, wytyczonym, słabo widocznymi tykami, i możliwe jest (na silniku), wyłącznie w okolicach HW.

2015-04-15 16-33-34_MAYAGUANA_168_resize

tyczki wyznaczają „dinghy route”, o szerokości ok. 2 m, i głębokości 4 stopy podczas HW

Skok pływu wynosi tu ok. 3 stopy. Próba osiągnięcia pirsu pontonem, przy niskiej wodzie kończy się, dość szybko, szorowaniem ostrogi silnika o koralowce. Po raz, nie wiem już który, błogosławię stalową osłonę plastikowej śruby, mojej 2,3 konnej Hondy, niezwykle zmyślnie zamontowaną „złotymi rękami” p.Krzysia Arysa, z Trzebieży. Panie Krzysiu !!! Salut !!! Ostatnie 200 m wiosłuję, zaczepiając, co rusz, wiosłami o koralowce, a momentami,  szorując po nich dnem pontonu. Do tego, przemoczyły mnie bryzgi fal. Pirs, przy którym można zostawić ponton, (uwaga !!!) po raz pierwszy od kilku miesięcy, nie zamknięty na kłódkę, przylega do malowniczego cypla porośniętego palmami.

2015-04-15 13-48-03_MAYAGUANA_043_resize

pierwsze zetknięcie z wyspą przypomina o fakcie, że to właśnie na Bahama, wynaleziono hamak, a patent należy się „indianom” Lucayana

Widoki piękne, ale na brzegu panuje niemiłosierny, wilgotny upał. To ten drobny, biały piasek rozgrzany słońcem, sprawia, że nie ma czym oddychać. Do osady prowadzi utwardzona droga, świeżo usypana z koralowego tłucznia.

2015-04-15 13-53-41_MAYAGUANA_062_resize

droga do osady Abraham’s Bay, zbudowana z koralowego tłucznia na podbudowie koralowo-asfaltowej

Po obydwu stronach drogi rozlewiska – w tej chwili, podczas odpływu, niemal bez wody – widać porastającą dno roślinność, przystosowaną do tych trudnych warunków wegetacji. Brzegi porastają gęsto krzaki mangrowców.

2015-04-15 15-56-59_MAYAGUANA_136_resize

teren zalewowy podczas odpływu

Po przejściu ok. 300 m widzę pierwsze zabudowania. Osada Abraham’s Bay  wygląda na wymarłą. Nie ma żywego ducha. Barak custom/imigration można rozpoznać z daleka, po fladze Bahama i tablicy informacyjnej. Drzwi zastaję zamknięte. Próbuję nawiązać  łączność przez ukf-kę, ale bez rezultatu. Jest 14 – apogeum upału – może zrobili sobie przerwę na lancz ? Upewniam się, że punkt jest czynny do 16.30. Nie bardzo uśmiecha mi się druga przeprawa pontonem na ląd, gdyby nie udało się odprawić teraz. Na szczęście, po 15 minutach, przychodzą 2 ciemnoskóre ladies, z których jedna sprzedaje miejscowe karty telefoniczne, a druga jest celnikiem i oficerem imigration w jednej osobie. Do tego damskiego duetu dołącza, po chwili, trzecia ciemnoskóra lady, z wielkim pistoletem przy pasie – przyjechała jeepem wranglerem z napisem „Police” – to tutejsza pani Szeryf, która wpadła właśnie do koleżanek na pogaduchy.

7 Szeryf

Pani Szeryf, z wielkim Glockiem przy pasie (niestety, do zdjęcia schowała go pod bluzę)

2015-04-15 15-40-04_MAYAGUANA_130_resize

za to chętnie pozuje do zdjęcia

Odprawa idzie gładko. Przy czym, wszystkie dokumenty – czyli kartę imigracyjną, criusing permit i fishing permit, wypełniam sam. Wpłacam 200 dolarów USA i dostaje 50 dolarów bahamskich reszty. Przeliczają je w stosunku 1:1 do dolara amerykańskiego, ale trzeba pamiętać, żeby nie przesadzić z ich zapasem bo, poza Bahama, nikt ich nie wymienia na inne waluty. Cruising permit kosztuje 150 US$ dla jachtów LOA do 30 stop i 300US$ za LOA powyżej 30 stóp. Eternity, ze swoimi 28 stopami długości „łapie się” na niższy przedział. To wszystkie opłaty jakie wnosi się na Bahama. Teraz mogę siedzieć tu do 31 maja, tak jak sam sobie napisałem w dokumentach, nie ponosząc żadnych więcej opłat administracyjnych. Po 20 minutach formalności są zakończone, a mój budżet nieco chudszy. Nie ma mowy o jakichś inspekcjach jachtu, psach tropiących, czy pytaniach o żywność. Wcale się nie dziwię – w tym upale?, na takich płyciznach? … Komu by się chciało? I kto miałby to robić – dziewczyny?!

Z ciekawostek – nie wymaga się odprawy wyjściowej z Bahama – należy tylko odesłać celny kwit importowy. Jacht został, „czasowo, zaimportowany na Bahama”. Gdy ktoś planuje tu wrócić, powinien kwit odesłać, żeby nie mieć w przyszłości kłopotów z celnikami.

Po odprawie, w trybie ekspresowym, obchodzę osadę. Raz – upał jest taki, że mózg paruje, a nie zabrałem ze sobą wody. Dwa – nie bardzo jest co oglądać.

2015-04-15 14-43-33_MAYAGUANA_071_resize

nieczynny bar

Kilkanaście drewnianych domów, trochę wałęsających się kur, za to sporo całkiem niezłych i w miarę nowych, samochodów.

2015-04-15 15-07-22_MAYAGUANA_125_resize

nieliczne zabudowania 

Nie ma sklepu. Jedyny bar jest akurat zamknięty. Nie ma też internetu, więc nawet nie mogę ściągnąć prognozy pogody.
Wracam na jacht. Wkrótce będzie wysoka woda, więc przynajmniej wrócę na silniku. Przed odpłynięciem, przysiadam na dłuższą chwilę w cieniu palm, na cyplu, i sycę wzrok widokiem lazurowej wody, w której odbija się całe niebo.

2015-04-15 16-04-29_MAYAGUANA_137_resize

goverment dock” przy Abraham’s Bay, Mayaguana

To zasługa białego piasku na dnie laguny – zupełnie jak w Chorwacji. Powrót na jacht przebiega bez niespodzianek, choć znów jest „mokry”, bo fala jeszcze się zwiększyła.

Wieczór spędzam pracowicie. Zwijam ponton, robię „klar do wyjścia”, a na koniec naprawiam siłownik autopilota, który się zablokował. Noc na kotwicy, a zupełnie jak na pełnym morzu – kołysanie powoduje, że trzeba się mocno zaprzeć w koi, przybierając pozycję embrionalną, żeby móc zasnąć (rolling, rolling, rolling).

Wstaję przed świtem. Wysoka woda będzie ok 8 rano – to dobry moment, żeby ruszyć. Dostrzegam jednak nadciągające od wschodu czarne chmury, niosące ulewny deszcz i wiatr. Przeczekam. Sytuacja odbiega od prognozy jaką ściągnąłem 3 dni temu, więc proszę Bolka i Beatę, zawsze przy komputerach i gotowych do pomocy, o potwierdzenie prognozy. Ciśnienie nieco spada, więc może to jakiś front? Po co się w niego pchać? Po chwili mam 2 nowe, uspokajające, prognozy.
Czekam już tylko, aż przejdzie deszczowy szkwał. Wąskie przejście między rafami koralowymi, odgradzającymi lagunę od oceanu mam dokładnie pod wiatr, więc muszę je pokonać na silniku, a tu jeszcze trzeba kluczyć między „coral heads”. W krótkiej przerwie przed nadejściem kolejnych ciemnych chmur, rwę kotwicę. Po 20 minutach jestem już za pasem raf, stawiam genuę i półwiatrem, odchodzę na głęboką wodę.

Do następnej wyspy mam 160 mil, jeśli zdecyduję się zatrzymać na Rum Cay, lub 60 mil więcej, jeśli pójdę dalej, na Cat Island, która do 1925r uchodziła za miejsce pierwszego lądowania Kolumba. A może pójdę nieco bardziej na północ, na San Salvador (wyspę Watlinga), uznawaną do niedawna, za pewniak, jeśli chodzi o TO pierwszeństwo?  Na pewno „otrę się” o Samana Cay – której, Nationa Geografic Society, oddało TO pierwszeństwo w 1986r.  Zobaczymy.

Zgodnie z prognozą, wiatr wieje dokładnie w plecy z prędkością 5-10kn, z przewagą 5kn. To nie jest szybka żegluga, za to mocno rozkołysana, bo mimo słabego wiatru, fala ma ok 1,5 – 2m wysokości. Wiatr „w plecy” jest świetny, gdy wieje 15-20 kn i jacht płynie szybciej od fali. Jeśli wieje słabo, to fale powodują głębokie, boczne, kołysanie, a pozbawiony naporu wiatru bom chce latać z burty na burtę. Zapobiegają temu „preventery”, czyli kontra szoty, ale płótna żagla nic nie zatrzyma, więc mamy i rolling i parskanie żagli – czyli mało komfortowy chaos na pokładzie i do tego żadnej prędkości. Próbuję różnych kombinacji z żaglami, żeby „wycisnąć” z tego wiatru choć trochę prędkości. Sama genua? – słabo. Grot i genua? – słabo i bardzo niestabilnie. Grot i Genua na spinakerbomie na motyla? Ooooo tak!!! – to najlepszy zestaw, tyle że trzeba się „halsować” z wiatrem – czyli, co kilka godzin mam zwrot przez rufę, z jednoczesnym przekładaniem spinakerbomu na sąsiednią burtę. Jest zatem co robić. Mimo to, prędkość rzadko przekracza 3 kn, zwykle oscylując koło 2kn, ale trudno – cierpliwość jest wpisana w żeglarstwo, a mnie się w końcu nie śpieszy. „Quo vadis nauta? Quocumque ventis et undis agimur…”

DSC_1576

„Popcorn cloud and mackerel skies make sailors shorten sails”

innymi słowy:

„makrelowe chmury, sprzątnij żagle z góry”

Mijają 2 doby. W piątek wieczorem, przypadkowo, biorę do ręki nowego ipada (Air), który „usnął” w poniedziałek (13 kwietnia !!!) i nie dawał się uruchomić. Ze zdumieniem i radością, zauważam, że „ożył”!!!, domagając się doładowania. Traktuję to niemal w kategorii cudu. Już pogodziłem się z myślą, że drugi ipad przestał działać – z tym, że ten nowy nie ma nawet miesiąca – kupiłem go na St. Barts, i bardzo liczyłem na jego pomoc, podczas pływania po, usianych rafami, płyciznach Bahamów. W pełni aktualny zestaw map elektronicznych Bahama mam tylko na ipadzie i jednocześnie na iphone (taka polityka sprzedaży – raz zakupiony program mogę wczytać na wszystkie posiadane urządzenia Apple).
Ponieważ nowy ipad „zastrajkował”, wyjście z Turtle Cove Marina (Turks&Caicos), jak również podejście do płytkiej laguny przy Mayaguana i wyjście z niej, odbywały się przy pomocy iphone. Możecie sobie wyobrazić – chartploter z ekranem, o przekątnej ekranu 8 cm. Nie mam wyjścia – muszę sobie z tym radzić. Właściwie to mam wyjście – odpuścić Bahama i iść na Azory. Ale poddać się i oddać Bahamy „walkowerem”? – „no way”!!!. Dodatkowo, adrenaliny dostarcza fakt, że iphone goni ostatkiem sił. Z trudem udaje się go naładować. Przestaje zatem pełnić funkcję telefonu i pozostaje cały czas wyłączony. Włączam go tylko na podejściach i przy wyjściach. To mój, bardzo słaby, ale jedyny „backup”, gdyby ostatecznie drugi ipad padł. Codzienną nawigację prowadzę przy pomocy Panasonika Taughbook. Jest niezawodny – przeżył twardy upadek, po 2 m lotu koszącego z burty na burtę i 10 minutową kąpiel, całkowicie zanurzony w słonej wodzie. Nie wiem jak go skonstruowano, ale zrobiono to naprawdę dobrze. Jedynym mankamentem, nie zależnym już od firmy Panasonic, jest zestaw map – nie mam na nim map brzegowych i podejściowych Bahama.

Przyszłych „zdobywców oceanów” może zainteresować wpis na temat sprzętów na jachcie. Tych, które się sprawdziły i tych, które okazały się zbędne, lub zawiodły pokładane w nich nadzieje. Postaram się zebrać te informacje w osobnym opracowaniu, ale na to jest nieco za wcześnie – podróż trwa.

Wracając do nawigacji – gdyby padły i ipad, i iphone, musiałbym jednak raczej przerwać eksplorację Bahama i uciekać stąd. Mimo, że strefa brzegowa Bahama, to i tak niemal wyłącznie ENA (eyeball navigation area), to mapy pozwalają, przynajmniej „z grubsza”, wytyczyć rutę, po głębszej wodzie. Później, pozostaje wypatrywanie i omijanie „coral heads”, co da się zrobić, mając odrobinę doświadczenia i słońce za plecami. Teraz, „ożywiony” niespodziewanie ipad, daje mi nadzieję na bardziej „komfortowe” podejście do Port Nelson, na Rum Cay, którego marina ukryta jest głęboko w lądzie, a droga do niej prowadzi labiryntem wśród osuchów i licznych „coral heads”.  Ze wszystkich boi wyznaczających tor podejściowy, zaznaczonych na mapie, w realu są tylko 2 czerwone i 1 zielona – trochę mało  jak na takie trudne miejsce.

2015-04-18 11-43-21_RUM CAY_168_resize

 

 zaniedbany (zapiaszczony), kanał podejściowy 

Stosuję ENA – nawigację wzrokową. Jak nigdy, przydałby się ktoś na „oku”. Z kokpitu widzę dno pod niekorzystnym kątem. Moje pole widzenia ogranicza się do ok. 10 m przed dziobem. Muszę więc poruszać się wolno, „na paluszkach”.

2015-04-18 11-44-15_RUM CAY_172_resize

 

 

tu widać łachę piachu wchodzącą w tor wodny, przed zieloną boję

W promieniach słońca, widać wyraźnie, że łacha piasku wychodzi głęboko w tor ograniczony zieloną boją. To pułapka. Marina jest zamknięta i nikt nie konserwuje ani toru wodnego, ani nie pilnuje ustawienia znaków nawigacyjnych. Dowiem się o tym później. Na razie jednak przechodzę kanał wejściowy bez przeszkód, mając 20 cm wody pod kilem. Najmniejsza głębokość wynosiła 1,6m (jest akurat  HW). Na niskiej wodzie zabrakło by mi ok 60cm, bo skok pływu wynosi ok. 1m. Jestem tu zatem „uwięziony”, do kolejnej HW.

O 8.30, w sobotę, staję wygodnie, lewą burtą, po zawietrznej stronie drewnianej kei. Obok jachtu przepływa leniwie 1,5m rekin.  Dotarłem do Rum Cay!

2015-04-18 08-52-55_RUM CAY_151_resize

 

 nieczynna marina

 

Rum Cay? A może raczej: „Mamaña”? – jak nazywali ją „indianie” Lucayana – rdzenni mieszkańcy wyspy. A może: „Santa Maria de la Conception”, jak nazwał ją Krzysztof Kolumb, gdzy postawił na niej stopę w sierpniu 1492r? Dlaczego właśnie Rum Cay? Odpowiedź wkrótce.

Dotarłem do okolicy, o której uczą się dzieciaki w podstawówkach na całym świecie i dopiero teraz dostrzegam, jak wielki zamęt panuje w wiedzy, dotyczącej tego epokowego wydarzenia, mającego fundamentalne znaczenie dla historii świata. Często, w naszych żeglarskich podróżach, spotykamy miejsca w których Kolumb mieszkał, lub tylko zatrzymał się, w drodze do Ameryki, ale czy wiemy dokąd ostatecznie dotarł?, I gdzie, po raz pierwszy, w „Nowym Świecie”, postawił stopę na lądzie?

Ja wiedziałem. A przynajmniej, wydawało mi się, że wiem! Do czasu, gdy po 8 miesiącach podróży i przepłynięciu, ponad 8000 mil, na pokładzie Eternity, dotarłem w okolice hipotetycznego lądowania Kolumba. I wówczas zwątpiłem. Pływam od wyspy do wyspy, rozpytuję ludzi i jeśli tylko mam dostęp do wi-fi, grzebię w starszych i nowszych opracowaniach naukowych i tych mniej-naukowych, dotyczących podróży Kolumba. I dopiero teraz uświadamiam sobie, jak mało wiem i jak mało wie świat na temat tych miejsc i zdarzeń.

Tak naprawdę, NIKT nie jest pewien, którą z wysp archipelagu, dojrzał na tle księżyca, około 2 nad ranem 12 sierpnia 1492r,  marynarz  Rodrigo de Triana, pełniący służbę na bocianim gnieździe Santa Marii, zanim wydobył z siebie, długo wyczekiwany przez Kolumba i jego załogę okrzyk: „ZIEMIA !!!”.

NIKT nie ma pewności, na której z wysp postawił stopę pierwszy europejczyk, co dało początek kolonizacji obu Ameryk, wielkich migracji ludności, trwałych i nieodwracalnych zmian społecznych, politycznych, ekonomicznych, kulturalnych i przyrodniczych po obu stronach „Wielkiej Wody”. To wielkie wydarzenie, które Niemcom i Poznaniakom dało dostęp do sadzonek ukochanego ziemniaka (*), a miłośnikom wypoczynku wynalazek hamaka, domaga się szerszego potraktowania i opracowania z mojej strony.

Temat jest tak ciekawy i obszerny (nie temat ziemniaka, tylko temat lądowania Kolumba!), że wymaga osobnego wpisu. Podobnie jak sama Rum Cay. W tle przewijają się bukanierzy, korsarze flibustierzy, piraci, Jolly Roger, haki do abordażu. Słychać niemal pobrzękiwanie mieczy i słowa pieśni „…. jo ho ho, i butelka rumu”. Uffff. …. Mam nadzieję że zdążę o tym napisać, zanim znów „wessie mnie” „tu i teraz”.

2015-04-18 12-09-42_RUM CAY_222_resize

Welcome to Rum Cay

Stoję od 2 godzin a nie widziałem jeszcze człowieka. Marina wygląda jak podczas rozbiórki, a wyspa wygląda na wymarłą. Nie przyszła góra do Mahometa ….”. Cóż, biorę mój plecaczek i ruszam na podbój wyspy…

 …………

Ktoś zapyta: o co chodzi z tym, tytułowym, „Yellow Bahama”(**)? Też chciałbym to wiedzieć. W latach siedemdziesiątych pojawiły się na polskich drogach „Fiaty 125p”. Jednym z najbardziej atrakcyjnych wówczas i pożądanych przez nabywców, kolorem nadwozia był „yellow bahama”. Był to, w zasadzie, taki… hmmm… ciepły pomarańcz (upsss…. na kolorach to ja się akurat specjalnie nie znam, więc nieco ryzykuję – może mnie ktoś poprawi?).   Rozglądam się i nie widzę, żeby ten „yellow bahama” był jakimś kolorem dominującym w krajobrazie. O co zatem chodziło autorom tej nazwy? Czyżby był to przejaw geniuszu pierwszych specjalistów od marketingu, chociaż tego słowa długo, długo jeszcze nie znano? Jeśli chcieli zwiększyć sprzedaż samochodów, oferując klientom nadwozie w ciepłym, słonecznym kolorze, budzącym skojarzenia do dalekich, egzotycznych krajów, dla przeciętnego mieszkańca PRL-u nie dostępnych, czyli skojarzenia z szeroko pojętym luksusem, to tak. Tu się zgodzę. Słońca, to tutaj akurat nie brakuje, a nawet jest go w nadmiarze, choć co do luksusu, to już bym dyskutował. Jednak „polskie fiaty” dostępne były tylko na talony, dla nielicznych wybrańców, należących do kręgu tzw. „krewnych i znajomych królika”? Niech mi ktoś zatem powie, czemu miała służyć ta reklama, skoro nawet, gdyby nadwozia Fiatów malowane były na różowo, w zielone gwiazdki, i tak sprzedawały by się „jak ciepłe bułki”?

(*) w niemieckim Offenburgu postawiono pomnik ku czci wielkiego korsarza Francisa Drake’a, który w XVIw, mocno zaszedł za skórę armadzie hiszpańskiej, napadając i plądrując statki m.in. w rejonie Karaibów. Przedstawia on postać Drake’a z kwiatem w ręku. Jest to kwiat ziemniaka. Napis na postumencie głosi „Sir Francisowi Drake’owi, który rozpowszechnił ziemniaki w Europie. Miliony rolników całego świata błogosławią jego nieśmiertelną pamięć. To ulga dla biedaków, bezcenny dar Boży, łagodzący okrutną nędzę”.

(**) taka była oryginalna nazwa handlowa – nie Bahama yellow a właśnie: „yellow Bahama”

Rum Cay  vel „Santa Maria de la Conception” vel „Mamaña” , Bahama,  24.04.2015

10 komentarzy

  1. jola napisał(a):

    Świetne! Teraz dopiero mam wyobrażenie o Wyspach Bahama.życzę jeszcze wielu wrażeń i hartu ducha w samotności.
    jola

  2. Beata napisał(a):

    Drogi kuzynie! Wspaniale relacje-czekam na nastepne z niecierpliwoscia. Cudowna podroz. Podziwiam Twoja odwage. Powodzenia

  3. Tomek napisał(a):

    Jak na tyle czasu spędzonego na bardzo słonej wodzie, to jacht prezentuje się bardzo ładnie.

  4. Wimpel napisał(a):

    Ciekawe jak by się sprawdził w tym rejonie Navionics ?

  5. Wimpel napisał(a):

    http://webapp.navionics.com/ – online całkiem dobrze to wygląda.

    • Jacek Guzowski napisał(a):

      Wygląda nieźle i dało by się z tym radę. Wejscie do mariny na Rum Cay tak jak na moich nieaktualne znaki toru wodnego – w realu nie ma tych boi. Na moich mapach jest też więcej szczegółów dot. Np. Rodzaju dna, co przy częstym kotwiczeniu jest b istotne. Reasumując- navionics ok. , ale zostane przy swoich ;).

  6. jolanta napisał(a):

    jestem pod wielkim wrazeniem i pieknie dziekuje za mozliwosc „towarzyszenia” w tej fascynujacej podrozy zycia, dziekuje za zdjecia i opowiesci, podziwiam za odwage i wytrwalosc. pozdrawiam serdecznie z Kanady i zycze pomyslnych wiatrow I bezpiecznej drogi

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *