CABO VERDE – NO STRESS

 

Cabo Verde stanowiło w 2007 r. punkt początkowy rejsu przez Atlantyk na Wyspę Fernando de Noronha i do brzegów. Brazylii na pokładzie jachtu Selma Expeditions. W oczekiwaniu na jacht spędziłem blisko 2 tygodnie na Cabo Verde, podróżując po wyspach:  Sal, Sao Vincente, Santiago i Sto Antão, z których ta ostatnia przypadła mi najbardziej do serca. Zapiski z pobytu na Sto Antão miały mieć formę listów wysyłanych na bieżąco do domu, jednak z początkiem rejsu przez Atlantyk, który sam w sobie jest tematem na odrębna opowieść, przyrost nowych wrażeń był tak gwałtowny, że aktualną formę impresji z podróży przybrały dopiero po powrocie. Miały być wesołe, ale nie są – tak jak kapwerdyjczycy, którzy mimo okazywanej sympatii i przyjaznego uśmiechu nie wyglądają na wesołków. Tak jak kapwerdyjska muzyka, w której zawsze pobrzmiewa nostalgiczna nuta. Może z wyjątkiem okresu karnawału, który jest tutaj ponoć bardziej radosny i spontaniczny niż w Rio.  Oprócz zapierających dech widoków i wspaniałej tropikalnej roślinności, szczególnie zapamiętałem prezentowane przez rdzennych mieszkańców Cabo Verde specyficzne, mające afrykańskie korzenie, całkowicie odmienne od europejskiego, podejście do kwestii upływu czasu oraz opanowanie, spokój i całkowity brak pośpiechu. To, co w całej Ameryce Łacińskiej oznacza słowo mañana, na Cabo Verde zamyka się w haśle:  Cabo Verde – No Stress!

 Capo Verde-No Stress

Mindelo 6 rano

Szóstaaaaa!!! Oznajmiła komórka pełniąca rolę budzika. Tylko do tego się nadaje. Od dwóch dni jest głucha jak pień – żadna polska sieć GSM nie oferuje roamingu na Cabo Verde.

Za oknem szaro – słońce dopiero szykuje się, żeby wyskoczyć z oceanu. Wyskakuje codziennie ok. 0630 i wpada do niego około 1830. Robi to bardzo szybko… plum i już. Znak, że równik blisko. Mimo wczesnej pory na plaży ruch. Ktoś biega, ktoś się kąpie … i wcale nie są to turyści.

Poranny cyrk z myciem zębów wodą z butelki. Jakoś się to udaje, ale jak, na Boga, wziąć prysznic i nie zamoczyć tą podejrzaną wodą błon śluzowych? Tego już szanowne przewodniki, ostrzegające przed amebą, biegunką tropikalną, wirusem ebola, zemstą Montezumy i czort wie jeszcze przed czym, nie raczą pisać. Pozostaje  zatem wiara w siłę układu immunologicznego i trzeba przejść nad tym do porządku dziennego.

Atlantyk 2007

 

 

 

 

 

 

 

 

Residenzia Laginha oferuje w internecie Bed & Breakfast oraz bliski kontakt z rdzenną kulturą  kapwerdyjską  w postaci codziennych koncertów na żywo w swojej restauracji.  W Internecie oferuje wiele. W realu jest to buda usadowiona na wysypisku gruzu, zaś w restauracji koncertują tylko roje much i nic poza tym się nie dzieje. Kolejne rozczarowanie, jeśli chodzi o bazę noclegową. Normalka… potęga Internetu i marketingu. Nie warto bukować czegokolwiek przed przyjazdem. To reguła, która, jak widać, przekroczyła już granice zjednoczonej Europy. W restauracji hotelowej mimo wczesnej pory uwija się dwóch kreolskich kelnerów. Podnoszą obrus, a pod nim niespodzianka – mój breakfast – termos z kawą, dwie buły, plastikowy pojemnik z margaryną, talerzyk z 4 plasterkami żółtego sera, jogurt i  2 banany. Pomny przestróg z wszystkowiedzących przewodników, stanowczo odsuwam banany, wciągam jogurt, zapijam czarną kawą i biegnę po bagaże.

Wczoraj, gdy zamawiałem taksówkę, Senhor Caú patrzył na mnie nieco przerażony, starając się zrozumieć, czego chce od niego gringo tłumaczący przy pomocy rąk, min i całego zasobu słownictwa portugalsko – hiszpańsko  włoskiego: Senhor, taxi, mañana, sejta hora, transfer, porto Mindelo, por favor. Musiało to wyglądać rozpaczliwe, ale okazało się  skuteczne, bo właśnie zajechała taksówka, żeby zawieźć mnie do portu, skąd statkiem przepłynę na wyspę Sao Antão.

Czas, wyjątkowo jak na tutejsze zwyczaje zniecierpliwiony, popędza – trzeba jeszcze zorganizować bilety i dotaszczyć się  z kompletem bagaży na koniec kei.

 

Mar D’Canal

Tak nazywa się, stojący w porcie Mindelo – stolicy wyspy Sao Vincente, statek, na pokładzie którego popłynę na wyspę Sao Antão. Port otoczony jest wysoką siatką, przy której kłębi się barwny tłum. Za siatką stoją 3 statki: Seajet – katamaran wożący bogatych turystów, Mar D’Canal – prom pasażersko – samochodowy wożący wypchane po brzegi ciężarówki i zwykłych turystów oraz Ribeira de Paúl – mały stateczek służący tubylcom do komunikacji między Sao Vincente i Sao Antão. Wozi się nim nie tylko ludzi, ale i zwierzęta, materiały budowlane, zaopatrzenie sklepów i co się tylko zmieści. Poza tym, jak się wydaje, nie obowiązują na nim żadne ograniczenia jeśli chodzi o liczbę pasażerów: czy to ludzkich, czy zwierzęcych, czy też mechanicznych. Kto dostanie się, ten płynie – to tłumaczy zamieszanie przy siatce. O ile od dwóch pierwszych statków wiało nudą, to ten trzeci pełen był kolorów i życia, przejawiającego się głównie śmiechem, pokrzykiwaniem i gestykulacją. Dało się odczuć, że nie jest to tylko przeprawa statkiem, ale i wydarzenie towarzyskie. Aż chciałoby się być w środku i w tym uczestniczyć. Najciekawszymi pasażerami były dwa konie płynące na górnym pokładzie w drewnianych, odkrytych skrzyniach, niezbyt zachwycone wycieczką.

Statki różnią się nie tylko wielkością i standardem, ale i prędkością – i to w tej samej kolejności. Innymi słowy Ribeira de Paúl wyszedł pierwszy, a doczłapał się do Porto Novo ostatni, odpowiednio dłużej będąc wystawionym na wypiętrzoną przez prąd i wiatr, wyjątkowo wysoką i krótką, a więc męczącą dla pasażerów, oceaniczną falę w cieśninie Canal de Sao Vincente, dzielącej wyspy Sao Vincente i Santo Antão.

Przypatrując się uważnie zdjęciom, można dostrzec wśród kolorowego tłumu blade oblicze Czasu, który ściskając w ręku czarny,  plastikowy woreczek, wydany pasażerom przez załogę statku, z utęsknieniem wypatruje spokojnej portowej wody po drugiej stronie cieśniny.

 

Porto Novo

Porto Novo jest jedynym portem morskim Sto Antão, jeśli nie liczyć małej przystani rybackiej w Ponta do Sol. Wyspa liczy ok. 4000 mieszkańców. Ponieważ na wyspie nie ma regularnej komunikacji, aby dostać się na jej drugą stronę, gdzie leży O’Curral – cel mojej podróży, trzeba złapać okazję w postaci białej toyoty pick-up (tzw. Allugar). Nie jest to specjalnie wielkie wyzwanie, ponieważ Allugarów jest tu 30 i są to wyłącznie białe toyoty. Tak jak w innych ciepłych krajach, obowiązuje tu reguła, że jeśli nie ustalimy ceny przed jazdą, to oprócz tego, że jako turyści zapłacimy około 10 razy więcej niż kapwerdyjczyk, zostaniemy dodatkowo złupieni żywcem. 

 Atlantyk 2007

 

 

 

 

 

 

Pora była wczesna, podjechaliśmy więc z kierowcą Allugara na filiżankę kawy w miejsce przypominające przydrożny bar. Stojąca za kontuarem dystyngowana kreolska barmanka, w trudnym do odgadnięcia wieku, zajęła się nami natychmiast, gdy skończyła wycierać naczynia, co zajęło jej około 10 minut. Po raz pierwszy miałem okazję zetknąć się z zastosowaniem w praktyce podstawowej zasady obowiązującej na Cabo Verde, którą można podsumować często widywanym na wyspach hasłem : Cabo Verde – No Stress. Później, już na jachcie, po długich dyskusjach przy szklaneczce grogu, ustaliliśmy, że najbardziej trafnym przekładem tego hasła na język polski będzie: Pośpiech poniża. Infekcja wirusem zżerającym poczucie czasu i konieczność pośpiechu ogarnia organizm szybko i bezboleśnie, niestety dość nietrwale. Objawy ustępują zaraz po wylądowaniu na którymkolwiek z europejskich lotnisk, pozostawiając jedynie efekt uboczny w postaci lekkiego poirytowania, przypominającego skutki tzw. depresji porejsowej.

Atlantyk 2007

 

 

 

 

 

 

 

Doña Fatima, tak zwracał się do niej mój Cicerone o imieniu Dionildo, podała kawę i ręką wskazała na talerz z ciastem przypominającym placek drożdżowy. Niezły pomysł, lecz w szklanej witrynie zauważyłem apetycznie wyglądające smakołyki jakby z ciasta francuskiego. Zamówiłem, pokazując je elegancko wskazującym palcem, po czym pokazałem następne dwa, aby ustalić interesującą mnie ilość, zadowolony z udanej konwersacji w języku kreolskim, która, póki co, przebiegała bez kłopotów. Nie zważając na zdumienie moich gospodarzy, które usiłowali zatuszować ożywioną rozmową, przystąpiłem do konsumpcji kawy i ciastek wprost przy barze.

Siedzący w kącie baru, rozleniwiony narastającym upałem Czas ożywił się na chwilę, patrząc z wyraźnym rozbawieniem na białego turystę pijącego kawę i chrupiącego, z miną człowieka,  który dokładnie wie, czego chce, kawałki uprażonych na złocisty kolor świńskich uszu…

 

Bananera

Banan, oderwany wprost z kiści, wydziela obficie lepki sok o właściwościach lateksu. Nigdy bym nie przypuszczał, że może być on zastosowany w sposób przypominający opatrunek w sprayu.

Wąska, bazaltowa droga wije się kilometrami przytulona do ściany wulkanicznego krateru.

Atlantyk 2007

 

 

 

 

 

 

 

Ryk klaksonu oznacza, że za chwilę coś wyjedzie zza zakrętu. Deola (pełne imię – Dionildo), 20 letni kreolski kierowca busa złapanego w Porto Novo, wjeżdża do małej, przeznaczonej właśnie do tego celu zatoczki, by przepuścić jadącą z góry wielką ciężarówkę, wyładowaną ponad miarę workami cementu. Po prawej stronie, na wyciągnięcie ręki, bananowiec i wielka kiść zielonych bananów  –  trudno oprzeć się pokusie. Uchylam drzwi busa, wysiadam na chwilę, by po nie sięgnąć.  W tej chwili Deola puszcza na ułamek sekundy hamulec – bus cofa się o kilka centymetrów, otwarte drzwi uderzają boleśnie w czoło. Nawet nie mocno, ale i tak na moment tracę poczucie rzeczywistości. Z rozciętego łuku brwiowego leje się krew. Deola jest wyraźnie przestraszony. Podbiega błyskawicznie, odrywając po drodze kilka małych bananów i przeciera rozcięte czoło wyciekającym z nich sokiem, przy okazji skrapiając też solidnie moją koszulę. Zaglądam w lusterko – no ładniez wyglądu facet po zderzeniu z ciężarówką… Czoło umazane krwawo – bananową mazią, koszula w krwisto -bananowe plamy. W rozgrzanym powietrzu lateks ulega błyskawicznej wulkanizacji, tworząc naturalny opatrunek i właściwie jest po sprawie.

Atlantyk 2007

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Prawdę mówiąc, w ciągu tych kilku chwil, gdy krew zalewała oczy, usiłowałem rozpaczliwie przypomnieć sobie, gdzie zapakowałem podręczny zestaw do szycia ran przygotowany przez mojego przyjaciela Igora i widziałem już oczami duszy, jak wzorem Rambo zszywam sobie ranę, korzystając z bocznego lusterka samochodu. Tylko jak, u licha, robi się jedną ręką ten sprytny węzełek na końcu? I kto mnie złapie, gdy upadnę? Bo przecież niechybnie przy tym zemdleję.

Minęło zaledwie kilkadziesiąt sekund, może kilka minut… Czas położył się pod liściem bananowca, założył nogę na nogę i leniwie czekał na ciąg dalszy, patrząc na mnie z wyraźnym politowaniem.

Sytuacja wygląda na opanowaną. Można podsumować straty: blizna na czole i koszula do prania. Da się wytrzymać. Nie warto było wysiadać – niedojrzałe banany zupełnie nie nadają się do jedzenia.

Atlantyk 2007

 

 

 

 

 

 

 

Wokół skały wulkaniczne i wybujała zieleń tropikalnej oazy skąpana w promieniach rozgrzanej do białości słonecznej kuli. Zapach eukaliptusa zmieszany ze słodką wonią kwitnących akacji. Jedziemy dalej – do celu jeszcze kawał drogi.

 

O’Curral

Jako cel pobytu na Cabo Verde wybrałem wyspę Sto Antão i wytwórnię grogu – legendarnego trunku wytwarzanego z trzciny cukrowej, znanego marynarzom mórz wszelakich. Na jej ślad trafiłem, przeglądając strony internetowe na temat Cabo Verde. Była tam wzmianka o prowadzonej przez ex -Austriaka gorzelni – wytwórni, a jednocześnie restauracji, noszącej egzotyczną nazwę O’Curral, gdzie można zetknąć się z prawdziwą kapwerdyjską kulturą. Brzmiało na tyle zachęcająco, by ruszyć w drogę po wyspach.

Wytwórnia znajduje się na przeciwległym do Porto Novo krańcu wyspy, w okolicy Paũl (z akcentem na ũ), w zielonej rajskiej krainie na dnie powulkanicznego wąwozu. Droga, wyłożona tłuczniem, początkowo prowadząca przez wulkaniczną pustynię, wije się następnie to w górę, to w dół pomiędzy kraterami.Atlantyk 2007

 

 

 

 

 

 

Włos lekko jeży się na głowie na widok kilkusetmetrowych przepaści, w które można spojrzeć w dół wprost z otwartego okna samochodu. Qurczę – wyobrażam sobie jak w zimie na tej kostce  musi być ślisko. By dotrzeć do O’Curral, trzeba wjechać serpentynami  niemal na szczyt Pico da Cruz (1585 m.n.p.m), następnie zjechać wąską granią pomiędzy dwoma kraterami  (tzw. kaldery) na drugą stronę, zostawiając po lewej Ponta do Sol, dawną stolicę wysp zachodnich, przejechać przez Ribeira Grande (tłum. wielka rzeka) oraz samo Paũl i po sforsowaniu dwóch lub trzech rwących potoków, zanurzyć się w dziką zieleń wąwozu Ribeira Paũl.

Atlantyk 2007

 

 

 

 

 

 

 

Właścicielem wytwórni grogu jest Alfred. No dobrze, wytwórnia grogu to, według polskich standardów, zwykła bimbrownia – różni się tylko surowcem  wejściowym.  Zamiast cukru, od którego nazajutrz boli głowa, używa się melasy wytłaczanej z trzciny cukrowej, rosnącej w okolicy jak okiem sięgnąć, która ma nadać temu trunkowi jedwabisty posmak i eliminować przykre skutki przedawkowania (sprawdzone – działa). Alfred jest Austriakiem, którego koleje losu przywiodły na Cabo Verde w 1982 roku. Doskonale zna wyspy, jej mieszkańców, język, zwyczaje i kulturę. Ma też złote ręce wspomagane wiedzą inżynierską wyniesioną ze studiów w Austrii i Berlinie, pogłębioną praktyką wynikającą z konieczności radzenia sobie w różnych, trudnych sytuacjach w tym pustkowiu. Chętnie służy pomocą wszystkim, którzy tego potrzebują, gdy, na przykład, popsuł się generator, jakaś pompa albo nadajnik radiowy. Cieszy się więc w okolicy wielkim szacunkiem.

Atlantyk 2007

 

 

 

 

 

 

 

Do wytwórni dotarłem wczesnym popołudniem. Alfred nie spieszył się z wyjściem na spotkanie, mimo że zaanonsowano gościa z Polski. Słońce nie chyliło się jeszcze wprawdzie ku zachodowi lecz nie pozostało nic innego, jak zapomnieć o dobrych zwyczajach gentlemanów i rozpocząć proces zapoznawania się z miejscowym produktem. Żeby nie robić tego na pusty żołądek, zjedliśmy z Dionildo (zdrobniale Deola), tutejszym kierowcą zaprzyjaźnionym przy okazji przygody w gaju bananowym, cachupę – kreolski przysmak podawany na gorąco, składający się z czarnej i białej fasoli, ryżu, kukurydzy i sadzonego po kapwerdyjsku jajka.  Kapwerdyjskie sadzone to jajko usmażone na podeszwę, dzięki czemu, zapewne, nikomu nie grozi salmonella – tak sobie przynajmniej tłumaczę ten sposób przyrządzania. Przygotowywana jest na naturalnym palenisku opalanym zdrewniałymi łodygami bananowców żeby od dymu aromat złapało… Tu dygresja na temat kuchni kapwerdyjskiej. Osobiście nie stronię od eksperymentów z daniami egzotycznej kuchni, ale mając w bliskiej perspektywie przejście Atlantyku, podczas którego schorzenia gastryczne mogłyby się okazać dość kłopotliwe (10 – osobowa załoga i 1 kingston), starałem się zachować pewną powściągliwość, ograniczając codzienne menu do prozaicznego steku z tuńczyka. W grę mogły też wchodzić langusty, ale nie udało im się wejść do gry ze względu na zaporową cenę. Kiedy jednak w Sao Vincente, w niedzielny wieczór zasiadłem na tarasie Sailors Bar, mieszczącym się na pierwszym piętrze (nie udało mi się ustalić, dlaczego tak jest, ale wszystkie knajpy w Sao Vincente mieszczą się na pięterku), okazało się, że tuńczyka nie podają. Powód był prosty – na Cabo Verde nie istnieje coś takiego jak mrożona ryba, zaś w niedzielę rybacy nie wypływają na połów. Trzeba więc było obejść się ze smakiem lub przystąpić do gry w rosyjska ruletkę, ponieważ menu w restauracji wygląda tak samo egzotycznie jak same wyspy. Można sobie poczytać wymyślne nazwy, ale później raczej decyduje przypadek.  Spróbowałem przynajmniej ustalić, jaką potrawę podają z grilla. Okazało się, że z grilla to nie podają, ale za to jest jedna potrawa z pieca i na dodatek jest to danie dnia – nazywała się chyba coizidio – wybaczcie, jeśli pomyliłem nazwę – nie zapisałem, a pamięć zawodna. Po kilkunastu minutach wylądował przede mną talerz z zamówioną potrawą. Na poduszce z ósemek patata podano coś, co wyglądało jak posiekana w całości, razem z futrem, świnka morska. Smaku nie podejmuję się opisać,  ponieważ był on podobny do niczego, czego kiedykolwiek próbowałem. Jeśli zawędrujecie na Cabo Verde – unikajcie coizidio z pieca. Zdecydujcie się na cachupę. Gdziekolwiek ją podają, jest bez zarzutu i na dodatek zwykle mieści się w najniższym przedziale cenowym. Alfred pojawił się po godzinie – na chwilę, bo  zajęty jest. Od słowa do słowa zaczęła się jednak leniwa pogawędka – o wszystkim. Od zaawansowanych technik bimbrowniczych począwszy, przez technologię oczyszczania ścieków, automatykę i naprawy samochodów, do omówienia życiorysów i rozważań filozoficznych, dotykających ułomności współczesnego świata i sensu egzystencji.

Czas, wyraźnie znudzony, siedział w kącie niezbyt elegancko podparty na łokciach i lekko mętnym wzrokiem wpatrywał się w dno opróżnianej butelki grogu, podczas gdy my  płynnie – dosłownie i w przenośni – przechodziliśmy z austriackiego gadania w nocne Polaków rozmowy

 

Ocean

 W Potna do Sol, małej wiosce na Sto Antão, życie towarzyskie toczy się w rytm wschodów i zachodów słońca, koncentrując się, od wczesnych godzin porannych do późnego wieczora, w porcie rybackim.

Atlantyk 2007

 

 

 

 

 

 

 

Gdy łodzie w okolicach świtu wychodzą na ocean, ci, dla których zabrakło w nich miejsca oraz kobiety i dzieci (rybactwo jest zdecydowanie zawodem męskim), zasiadają na brzegu, obserwując z daleka połów. Łodzie wypełnione są rybakami po brzegi. Aż dziw bierze, gdzie mają się jeszcze zmieścić złowione ryby? Gdy wracają po zakończonym połowie, następuje chwila zbiorowego entuzjazmu. Jedni i drudzy pokrzykują, śmieją się, wymachują rękami, wykonując jakby rytualny taniec, a następnie wspólnie wciągają łodzie na brzeg i natychmiast dzielą przywiezione ryby, by już po chwili sprawiać je bezpośrednio na kamienistym brzegu oceanu.

Atlantyk 2007

Atlantyk 2007

 

 

 

 

 

 

 

Część połowu, głównie poćwiartowane tuńczyki, niesiona jest w wielkich miskach na głowach kobiet do pobliskich restauracji. Część pewnie do domu na obiad, a część, zwłaszcza tych mniejszych, makrelowatych, zostaje rozłożona na kamieniach w postaci płatów lub całych tuszek i suszy się w promieniach palącego słońca.

Ponta do Sol-2

 

 

 

 

 

 

 

Wraz z zachodem słońca życie towarzyskie przenosi się na nadmorską promenadę-deptak – brukowaną bazaltową kostką uliczkę, skrzącą się od wulkanicznego pyłu.

Po zachodzie slonca

 

 

 

 

 

 

 

Tutaj gra się w kamyki (!?),  w karty, rozmawia się albo po prostu robi się nic, siedząc w kucki, ale za to w licznym i zapewne lubiącym się towarzystwie. Nadchodzący zmierzch zapowiadany jest przez wszechobecny zapach przypalonej ryby oraz pojawiających się na deptaku przypalonych na słońcu europejskich turystów, szukających miejsca, gdzie można by coś zjeść i wypić. Restauracje serwują głównie efekty rybackiej aktywności: tuńczyki, langusty, ośmiornice oraz wszystko, co pływa, pełza lub trwa w oceanie i da się złapać w sieć, gołą ręką lub ustrzelić kuszą. Pora, kiedy restauracje otwierają swoje drzwi, jest całkowicie dostosowana do portowego rytmu dnia – otwierane są dopiero po 19.00, czyli po zachodzie słońca.

Groźne oblicze Oceanu dało o sobie znać w Ribeira Grande. Zgromadzeni na brzegu rozpaczają nad wyrzuconym na brzeg ciałem rybaka, który zaginął podczas złej pogody kilka dni wcześniej. Ocean – żywiciel. Ocean zabójca. Reguły są jasne.

Atlantyk 2007

 

 

 

 

 

 

 

Komu nie poszczęści się, wypada z gry – na zawsze. W klepsydrze jego życia przesypały się ostatnie ziarenka piasku i nie ma takiego, który potrafiłby ją jeszcze raz odwrócić.

Jacek Guzowski,   Cabo Verde 2007

 

tekst został opublikowany w czasopiśmie SZKWAŁ 2009 nr 1 (22)

0 komentarzy:

Dodaj komentarz

Chcesz się przyłączyć do dyskusji?
Feel free to contribute!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *