Ptak kapitana

Nie pamiętam rejsu morskiego, podczas którego na pokładzie jachtu nie usiadłby zagubiony na morzu lądowy ptak.

Ptak lądowy - "wróblowaty"

 

 

 

 

 

 

 

Lądowy, podkreślam. Bo ptaków morskich jest zwykle sporo. Krążą wokół jachtu, często siadają na wodzie, w pobliżu…

Czasem, taki siedzący na fali, podczas sztormu, ptak morski zdaje się mówić żeglarzom: – „Nie bójcie się. Ten sztorm – te wielkie fale zalewające jacht, to wycie wiatru w takielunku i trzeszczenie żagli, pracujących na granicy wytrzymałości, straszy was dlatego, że walczycie z morzem i wiatrem. A z nimi nie wolno walczyć, bo nie da się wygrać. Są doskonałymi wytworami Natury, podobnie jak wy i ja, ale dużo potężniejszymi w swojej masie i sile. Odpuście. Popatrzcie na mnie. Siedzę na tych wielkich falach, poddaję się ich naturalnemu biegowi i nic mi się złego nie dzieje. Spowolnijcie bieg jachtu – niech nie tłucze o fale, jak oszalały taran. Zredukujcie żagle. Zostawcie tylko mały skrawek płótna, żeby jacht słuchał steru. Płyńcie z wiatrem. Trwajcie. Nic złego się nie stanie. Najpotężniejszy nawet sztorm, kiedyś się skończy”. Tak. Ptaki morskie zawsze towarzyszą jachtom. Wraz z szerokością i długością geograficzną, zmieniają się tylko ich gatunki.

Z ptakami lądowymi jest inaczej. Te znajdują się na otwartym morzu przez nieszczęśliwy przypadek – zwykle, porwane przez silny, sztormowy wiatr. Czasem jednak, nawet podczas ładnej pogody, porywane są przez prąd strumieniowy – tzw. „jet stream”, jeśli, lekkomyślnie, zbyt wysoko się wzniosą. Zwykle, kończy się to dla nich tragicznie. Po wielogodzinnym, szaleńczym machaniu maleńkimi skrzydełkami, opadają z sił i giną w morzu. Czasem jednak, w bezkresie oceanu, dostrzegą statek, lub maleńki jacht, będący dla nich wybawieniem. Mogą odpocząć, przeczekać silny wiatr – nabrać sił przed powrotem na ląd. Są wzruszające w swojej bezradności i zawsze wywołują uczucia opiekuńcze. Być może, w swoich małych główkach, wdzięczne są za okazaną gościnę ale niepotrzebnie. Nigdzie nie zapisana zasada solidarności na morzu nakazuje zawsze i w każdej sytuacji udzielić potrzebującym pomocy i schronienia. Ludziom w potrzebie przede wszystkim, ale np. psu dryfującemu na krze, wyrzuconemu na brzeg wielorybowi, czy ptakowi, porwanemu przez wiatr, również. Najpiękniejsze u „ludzi morza” jest to, że niosą pomoc z ogromnym poświęceniem, czasem z narażeniem własnego bezpieczeństwa i zwykle, całkowicie bezinteresownie – właśnie z poczucia solidarności.

Ale wracając do ptaków. Pamiętam, jak podczas rejsu z Amsterdamu do Świnoujścia, w 2010 r, taki właśnie mały ptaszek, z gatunku „wróblowatych”, przysiadł na pokładzie rufowym Panoramy, tuż za mną. Żeby go nie spłoszyć, klęczałem jak zamurowany, a on, zachęcony tym bezruchem, wskoczył mi pod nogi, i dalej … pod siedzenie.

Ptak kapitana I

 

 

 

 

 

 

 

Musiało to wyglądać dość komicznie, bo za plecami usłyszałem chichoty żeńskiej części załogi i trzask migawek. Ktoś powiedział: „ptak kapitana” … i tak już zostało… . Mieli ubaw do końca rejsu. Ja też.

Dzisiaj, na moim relingu usiadł, umordowany długim lotem, ptaszek – jak zwykle z „wróblowatych”.

Jean Pascal 2

Wnioskując z kierunku wiatru i faktu, że jesteśmy na środku Zatoki Biskajskiej, przebył niewiarygodnie długą drogę – ok. 200 mil, aż z północnej Bretanii. Nazwałem go więc Jean Pascal. Pascal, na cześć pracownika mariny Chantereyne, w Cherbourgu, o którym wspominałem wcześniej *. A Jean? Nie mam pojęcia … Chyba po prostu podoba mi się ta zbitka imion. A gdyby to była samiczka? Nazwałbym ją Francoise –  bo ładnie brzmi – już bez żadnych skojarzeń osobowych. Nie posiadam umiejętności „seksera” i nie potrafię określić płci ptaków. Zresztą, w tym celu musiałbym wziąć go do ręki, a to jest raczej „awykonalne”. Umówimy się więc, że będziemy się traktować, jak facet, faceta.

 

Jean Pascal jest bardzo nieufny. Mimo widocznych oznak wyczerpania, wbił pazurki w linkę relingu, z daleka ode mnie, z trudem walcząc z silnymi podmuchami wiatru. Dopiero bryzgi fal skłoniły go do zejścia niżej – na ławkę kokpitu …  i jeszcze niżej na greting. Jean Pascal

 

– Jean Pascal, mówię do niego,

– cieszę się bardzo z twoich odwiedzin. Posiedzimy, pogadamy, czuj się jak u siebie.
– Odpoczywaj teraz.
– Ale zauważ, proszę, że ja płynę, w kierunku przeciwnym do twojego domu. Dobrze ci radzę, gdy nabierzesz sił, przesiądź się na któryś z tych wielkich statków, idących do Rotterdamu. 6 mil stąd, z wiatrem, znajdziesz rutę, po której idą, jak po sznurku. Jeden za drugim. Zablindujesz się w jakimś wywietrzniku, posiedzisz tam dyskretnie, a one zawiozą cię pod sam dom. Przemyśl to, proszę…..
… Jak grochem o ścianę ….
Jean Pascal tylko stroszy piórka, przekrzywia główkę w obydwie strony i dziwnie mi się przygląda.

Jean Pascal 4

 

 

 

 

 

 

 

Po chwili zauważa wielką, pustą przestrzeń, pod ułożonym, w poprzek kokpitu – moim legowiskiem-punktem dowodzenia-lub mostkiem kapitańskim, w jednym **.

IMG_1501_resize

 

 

 

 

 

 

 

 

I tyle było z naszej rozmowy.

Przestrzeń pod kapitanem dawała mu, widać, poczucie bezpieczeństwa. Wskoczył do niej szybko i przesiedział tam dobre 3 godziny, nie niepokojony. Tym samym, tradycji stało się zadość. Jean Pascal został kolejnym „ptakiem kapitana”. Wieczorem odleciał. Wiatr był na tyle słaby, że jeśli będzie dość wytrwały, da radę. A może skorzysta z rady i przysiądzie na jakimś statku ?

Żegnaj Jean Pascal !!! Bądź dzielny !!! Szczęśliwej drogi do domu !!!

Pewnie, gdy tam dotrze, będzie opowiadać znajomym wróblom o dziwnym, zarośniętym, żeglarzu z Polski, który godzinami się nie porusza i gada z ptakami….

/Atlantyk. Zatoka Biskajska, 22.09.2014/

 

* http//:circumnavigation.pl    –  Cherbourg
** dlaczego tak? – długo nie mogłem sobie znaleźć stałego miejsca na jachcie. Najwygodniej siedzi się opartym o kabinę rufową. Ale tylko na lewej burcie, bo na prawej „siedzi” sternik (znaczy – autopilot). Miejsce to jednak często odwiedzają fale, wpadające do kokpitu. Z czasem okazało się, że najwygodniejsze jest miejsce w poprzek kokpitu. Trzeba było tylko dorobić dwie deski, żeby ta „koja” miała wystarczającą szerokość. Deski pochodzą z dawnej półki , na której stało 4,5 mb książek z serii „sławni żeglarze”, więc pasują do klimatu, jak ulał. Siedząc/leżąc w tym miejscu mam świetny punkt obserwacyjny (gdy się wychylę za szprycbudę, oczywiście). Jestem osłonięty od wiatru, słońca i deszczu przez szprycbudę. Tuż obok mam wyświetlacz z najważniejszymi parametrami żeglugi, a przede wszystkim alarm AIS nastawiony na 2 Nm. Pod ręką jest kamizelka asekuracyjna, handszpak od pompy zęzowej, kombinerki, telefon satelitarny, telefon gsm, chartploter i atlas pływów (to ten telefon GSM właśnie), ukf-ka,  budzik, 5 par okularów, krem z wysokim filtrem, rękawice robocze (do kotwicy), ciepłe ciuchy , butelka z wodą mineralną, aktualnie czytana książka i pudełko z „krówkami”. W zasięgu ręki mam też prawoburtowy kabestan szotowy ( na razie tylko ten jest używany) i szoty grota. Czego więcej trzeba? 

3 komentarzy:
  1. henia
    henia says:

    ,,Ptak kapitana,, wyglada na drozda…nie za duzy..nie za piekny-ale za to jak spiewa…
    Milczace towarzystwo…4,5 mb ksiazek…i swiat caly przed Toba…..nic nie powiem….opowiadaj…

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Chcesz się przyłączyć do dyskusji?
Feel free to contribute!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.